Kościół Adwentystów Dnia Siódmego
www.adwentysci.waw.pl

Czar wspomnień...

HISTORIA | 04/08/2007 | Jan Kot

W tym odcinku wspomnień "przeskoczymy" z Polski północno-wschodniej, na południowy-zachód; do uroczych zakątków Karkonoszy i Jeleniej Góry.

Karkonosze, najwyższe pasmo Sudetów - to bardzo stare góry owiane wieloma mitami i legendami. Turyści odnajdują tam ciszę i spokój oraz piękne krajobrazy.

Najwyższym szczytem jest Śnieżka (1602 m n.p.m.). Któż nie pamięta przepięknych okolic i miast np. Karpacz, Szklarska Poręba, Kowary itd. Wspominam mile zjazdy młodzieży w Jeleniej Górze i wycieczki - właśnie w Karkonosze, z noclegiem w schronisku turystycznym "Odrodzenie".

Ileż miłych doznań, wrażeń, nowych znajomości i wdzięczności dla Boga za takie miłe chwile.

Wspomnienia mogą być, a raczej przeważnie są historią, historią ludzi, o ludziach o ich troskach, kłopotach, wielkich i małych wydarzeniach - o życiu. Historia uczy pokory. Nie tylko "małych" ludzi, dlatego że są mniej znaczni niż "wielcy", ale także "wielkich", dlatego, że wykazuje im ich "małość".

Człowiek czyni historię. Każdy człowiek czyni historię. I każdy będzie odpowiadał, za swój udział w historii. Choćby ten udział polegał na daniu maleńkiego przykładu jednemu dziecku, lub zaniedbaniu wykorzystania jednej okazji. Nie ma w rzeczywistości podziału na postaci historyczne i zwykłych ludzi. Wszyscy jesteśmy postaciami historycznymi!

W życiu każdego człowieka dzieje się wiele rzeczy. Te złe przeplatają się z dobrymi, smutne z radosnymi i uroczymi - są wzloty i upadki. W dniach dzieciństwa i młodości martwią się za dzieci rodzice, pomagają im ułożyć los - sugerują wybory, których dokonują wchodząc w samodzielne życie.

Młodym wszystko wydaje się proste i przejrzyste, "wybierają" swój model życia - ale w życiu jednak nie wszystko jest możliwe do kontrolowania. Wprawdzie jest powiedzenie, że "każdy jest kowalem swojego szczęścia", czasami los - jednak "płata figle" i chcąc nie chcąc musimy się dostosowywać do innych, nowych warunków.

Czasami postanawiamy, przyrzekamy, ślubujemy; wydaje się, że nam się uda przejść przez życie gładko. Raptem wyrastają olbrzymie góry i zderzenie z nimi kończy się katastrofą. W życiu duchowym bywa podobnie. Mamy w Biblii opisy bohaterów, którzy mieli swoje wzloty i upadki - nie wszyscy chwalcy Boga (Izraelici) byli Danielami, Hiobami czy Abrahamami.

Czy tych, którzy mieli swoje "załamania" na drodze wiary - Bóg odrzucił? Czasami tak, ale następowało to raczej z winy "człowieka bohatera", który pozostawił Boga na uboczu swego życia.

Przy różnych okazjach wracam do okresu II Wojny Światowej, pamiętam kilku "cichych bohaterów" i to w armii niemieckiej i radzieckiej. Byli tacy, którzy pod ciężarem trudów wojennych załamali się. Byli również tacy, którzy gdzie tylko mogli szukali sobie podobnych i przychodzili na nabożeństwa sobotnie do kaplicy lub do prywatnych domów. Pamiętam takie spotkania w domu moich rodziców w Jarosławiu potem w Radomiu, przychodzili żołnierze armii okupacyjnej śpiewali "Pieśni Syjońskie", modlili się razem - potem znikali.

Na pewno w sercu i myślach byli wierni swoim przekonaniom i modlili się prosząc Boga o ochronę i szybki powrót Zbawiciela, żeby przyszedł i uczynił koniec "piekłu wojny". Wielu z nich nie doczekało takiego końca i... nadal wierzyli. Niektórym nie było dane wrócić do domów, do najbliższych. Wojna ma swoje prawa!

W tych wspomnieniach wrócimy do XIX wieku, a później do czasów powojennych; do początków zboru w Jeleniej Górze, do ludzi którzy w tamtych trudnych czasach ten zbór zakładali, pracowali zdobywając naśladowców Chrystusa.

Edward Szymański: "Miło jest wspomnieć jak w młodych latach pracowaliśmy z wiarą w imieniu Pana Jezusa, aby naszym bliźnim pokazać drogę do zbawienia przez Ewangelię".

W kościele Dandenong w Australii, znalazło się szereg osób związanych ze zborem w Jeleniej Górze, niektórzy już odeszli i pod błękitnym niebem oczekują na spełnienie obietnicy Jezusa: "...przyjdę po was i wezmę was do siebie...".

Rozmówcami moimi są: Edward Szymański, Bronisława Szymańska, Aleksandra Kubiś (Szymańska), Elżbieta Kowalewska (Szymańska), Zygmunt Ostrowski i wykorzystałem wspomnienia pastora J. Lipskiego.

- Bogusław Kot




WĘDRÓWKĄ JEST ŻYCIE CZŁOWIEKA...


Historię naszą rozpoczniemy w Rumunii, gdzie od połowy XIX wieku mieszkały rodziny Ostrowskich i Szymańskich. Dziadkowie Ostrowscy jako posiadacze dużego majątku ziemskiego w okolicach Radomia, w czasie "powstania chłopskiego" uciekli i schronili się na terenach późniejszej Rumunii.

W Rumunii z posiewu pracy polskiego misjonarza, pioniera europejskiego adwentyzmu - Michała Beliny Czechowskiego, było tysiące wyznawców adwentyzmu. To nie podobało się kościołowi oficjalnemu, który wywierał naciski na rząd i było duże prześladowanie tych, którzy wyznawali Prawdę adwentową. Wielu tych, którzy święcili sobotę, czytali Biblię i głosili o powtórnym przyjściu Jezusa, zostało wtrąconych do więzień, wielu musiało się ukrywać.

Stanisław Ostrowski (wujek Zygmunta Ostrowskiego z Dandenong), brat Honoraty Szymańskiej, był adwentystą i również dostał się do więzienia i nie mógł być odwiedzany przez wyznawców kościoła ADS. Cierpiał głód i zimno. Siostra jego Honorata, była odważna, a wtedy była jeszcze bardzo gorliwą katoliczką, chodziła ratować swego brata. Zanosiła żywność, ubrania ciepłe i koce (dla innych też!), bo zima była mroźna, w nocy temperatury spadały do - 40 st. C.

Planowała odwrócić brata od "sekty" i nakłonić go do powrotu do kościoła katolickiego. Stało się odwrotnie, brat Honoraty wszczepił delikatnie słowa Prawdy, a Duch św. - zmienił jej myśli.

Brat po pewnym czasie wyszedł na wolność i zaczął pracować gorliwie nad pozyskaniem swojej rodziny do rodziny Bożej - wynikiem był chrzest mamy Elżbiety Ostrowskiej, siostry Honoraty i szwagra Mariana Szymańskich. Wszyscy byli ochrzczeni w Rumunii przez pastora Rusnaka.

Wybuchła II Wojna Światowa, tereny na których znajdowali się Honorata i Marian Szymańscy zostały włączone do Związku Radzieckiego. W roku 1943 Marian został wcielony do Armii Czerwonej i jako młody człowiek stał się trybikiem potęgi wojskowej ZSRR - szybko "zrozumiał", że system ten nakazywał sobie służyć.

Po zorganizowaniu w ZSRR polskiej armii Marian Szymański został do niej przeniesiony jako Polak. W ciągu całego czasu trwania wojny wykorzystywał każdą okazję, aby swoją przynależność do Boga objawić przez pomoc potrzebującym, często ich ochraniając.

Dzięki posiadanym walorom dał się poznać jako opanowany, zdecydowany w różnych sytuacjach, zyskał zaufanie przełożonych, a dzięki uprzejmości - lojalność podwładnych. Dość szybko awansował i wykonywał przeróżne niebezpieczne zadania ze swoim oddziałem. Przed każdym ruszeniem do akcji bojowej apelował do żołnierzy, żeby każdy jak potrafi - się pomodlił.

Ratując innych narażał swoje życie. Pewnego razu w jednym mieście ze swoim oddziałem przejeżdżał ulicą w czasie nalotu niemieckich samolotów - zrzucały bomby. W pobliżu usłyszeli detonację i za chwilę zobaczyli tumany kurzu... został zbombardowany budynek rosyjskiego dowództwa. Marian dał rozkaz swoim żołnierzom do ruszenia z pomocą - żołnierze się zawahali, nie było nic widać. Sam jako dowódca skoczył narażając swoje życie.

Z gruzów wyciągnięto każdego, kto dawał oznaki życia. Opatrzono rany, odniesiono w bezpieczniejsze miejsce. Marian wyciągnął przysypanego gruzem poranionego oficera wysokiej rangi. Zabrakło opatrunków, zdjął swoją więc swoją koszulę, porwał ją na kawałki i pozawiązywał rany tamując krew, odwiózł do szpitala. Później okazało się, że tym oficerem, którego wyratował - był gen. Konstanty Rokossowski. Za ten czyn Marian Szymański został odznaczony krzyżem zasługi (zebrał ich w całej kampanii wojennej 4 - jeden za udział w zawieszeniu flagi polskiej na gruzach Berlina).

Bohater naszej historii kilkukrotnie sam był ranny, poparzony, nosił w swoim ciele odłamki bomb i granatów - z jednym żył do końca, gdyż lekarze stwierdzili, że większym niebezpieczeństwem byłaby próba usunięcia. Jego silna wiara i modlitwa, wiara w ochronę Bożej ręki - pozwoliła na przetrwanie tego ziemskiego piekła. Wojnę zakończył w stopniu porucznika z 30 medalami i 4 krzyżami.

W roku 1945 we wrześniu sprowadził swoją rodzinę z Rumunii do Polski, najpierw do Poznania a później do Jeleniej Góry. Tam jako zasłużony wojskowy otrzymał młyn wodny, magazyn ze zbożem i piekarnię.

Razem ze swoją żoną Honoratą bardzo dużo pomagali różnym ludziom, rozdawali chleb i bułki. Będąc wojskowym miał wstęp wszędzie - wierzymy, że Bóg właśnie użył go dla dobrego celu.

Chodziliśmy z mamą po piwnicach, gdzie mieszkali ludzie wyrzuceni ze swoich mieszkań – wspominają dzieci Mariana, byliśmy bez środków do życia, cierpieliśmy głód i niedostatek. Między nami było też sporo adwentystów niemieckich.

Ojciec miał samochód wojskowy, nie bał się przewozić nawet przez granicę ludzi zagrożonych. Między innymi - fakt prawie nie znany! - w roku 1947 przewiózł przez zieloną granicę pierwszego rodzimego przewodniczącego Kościoła ADS w Polsce (1936 - 1939), a później do r. 1944 przewodniczącego Kościoła ADS w Generalnym Gubernatorstwie - kaznodzieję Wilhelma Czembora, który przez 2 lata po wojnie był inwigilowany i prześladowany przez bezpiekę, musiał się ukrywać...

Tato gdzie spotykał nie adwentystów, głosił im ewangelię, polecał czytać Mateusza rozdział 24 i tak został nazwany przez ludzi - "Mateusz 24". Rodzice ukrywali także parę osób, którym groziło wywiezienie na Sybir.

Mama nasza Honorata, odwiedzając znajomych przyjaciół, którym powodziło się nie za dobrze, zanosiła im bochenek chleba albo 5 kg mąki, przy tej okazji opowiadała Ewangelię, że "Kto uwierzy w Jezusa Chrystusa i ochrzci się, będzie zbawiony"; zapraszała też na nabożeństwa, które odbywały się u nas w domu przy ul. Stolarskiej 20. Dom nasz był również punktem zatrzymywania się kaznodziejów odwiedzających Jelenią Górę.

Po jakimś czasie przyjechała z Niemiec s. Anna Gwiazdowa z 2 córkami, a z Rumunii s. Sahalka z 2 dzieci. Potem przyjechali z obozów br. W. Wawruszak, br. Wasurczyk, br. E. Jędrzejewski, br. J. Juszczyk z W-wy i br. P. Setowski. W grupie tej jeszcze na początku byli s. Rojek i br. Kosowski z rodziną.

Z czasem grupa powiększyła się do 20 osób, w mieszkaniu naszym było już za ciasno i rodzice zakupili mieszkanie w tym samym budynku na I p., był tam duży pokój i tam odbywały się nabożeństwa.

Z czasem i tam było za ciasno. Mama napisała do Zarządu Centralnego Kościoła ADS z prośbą o pracownika. Z początkiem 1946 r. przyjechał kaznodzieja Jerzy Lipski, który u władz miejskich wystarał się o salę na kaplicę - pod Arkadami.

W tym czasie przybyła z Friedensau (Niemcy) s. Wianowska z synem Anatolem - mieliśmy więc organistkę i dyrygentkę chóru.

W okolice Jeleniej Góry przybyła też rodzina s. Genowefy Iwan. Po pewnym czasie prawdę przyjmują i zostają ochrzczeni jej mąż Stefan, córki Bolesława i Urszula oraz dwóch synów - Lech i Tadeusz.


Wśród pierwszych przybyłych po wojnie do Jeleniej Góry byli członkowie rodziny pastora J. Lipskiego: matka Zelma, ciotka Elza Lipska wraz z córkami Olgą i Eugenią Szwartz, oraz wujostwo Jeżełowicze i s. Barbara Marciniak.

Edward Szymański i Eugeniusz Jędrzejewski kolportowali w mieście i okolicznych wioskach. Po czterech latach zbór był dobrze zorganizowany i zagospodarowany. W późniejszym czasie członkami zboru Jelenia Góra byli braterstwo Dębiccy i rodzina Mrozowskich.

Rodzina H. M. Szymańskich w roku 1953 wyjechała z Jeleniej Góry do Choszczna woj. szczecińskie, a potem do Świnoujścia, następnie do Świdnicy. Po pięciu latach ojciec zrezygnował ze służby wojskowej, często mawiał, że nie chce budować takiego systemu.

W roku 1966 wyjechaliśmy z całą rodziną do Australii, na zaproszenie pastora J. Lipskiego z Adelajdy. Tu nastąpiło nasze przyjęcie do zboru. Po krótkim czasie przenieśliśmy się do Melbourne, gdzie byliśmy członkami polskiego kościoła w Oakleigh.

Marian Szymański zmarł w 1986 r., a jego małżonka w 1997 r. Dzieci Edward, Bronisława, Aleksandra i Elżbieta są do dziś aktywnymi członkami w polskim kościele Dandenong w Melbourne.

Zygmunt Ostrowski z rodziną to także aktywni członkowie kościoła w Dandenong. Zygmunt jest motorem wielu aktywności zborowych. Uczestniczy od początku w organizowaniu Festiwali Pieśni i Muzyki Religijnej, w odbywających się - na terenie Melbourne - Kongresach Polonii Adwentystycznej.

Trzy lata temu zorganizował i patronuje Klubowi Seniora "Maranatha". Mało tego - "korzenie Jelenio-Górskie" zobligowały go do zorganizowania akcji ewangelizacyjnych w Jeleniej Górze i okolicach. Z pastorem Braga byli już na takich akcjach dwukrotnie w r.2004 i 2006 r.

W roku 2005 z pastorem Braga prowadzili ewangelizację na Papua Nowej Gwinei. Jest to przykład jak można łączyć wspomnienia, historię - z konkretnym czynem i dzisiejszym działaniem!


opr. Bogusław Kot


Już wkrótce w Jeleniej Górze odbędzie się Ogólnopolski Zlot Młodzieży.
Zapoznaj się ze szczegółami.




Drogi Czytelniku!

Co Ci dają wspominane historie "Z pożółkłych kart przeszłości"?
Ktoś z bardzo mi bliskich osób powiedział kiedyś - po co takie historie, to co było minęło, nikt tych ludzi nie zna ani pamięta; to wszystko niewiele znaczy, liczy się dziś i przyszłość.

Dla mnie osobiście historia i losy ludzkie - to jakby skarbonka, do której można sięgnąć po "skarby przeszłości"; a te skarby nie tylko błyszczą, ale także uczą...


Redakcja czeka na Wasze opinie i komentarze, a także własne wspomnienia!




Dodaj swój komentarz...


Wspominane historie są jak dobra lektura czytana w odcinkach. Przypominają historie ludzi starego testamentu, tyle że dzieją się prawie obok nas. Z niektórymi bohaterami tych wspomnień możemy jeszcze dziś porozmawiać. Są budujące mimo że już przeminęły, ktoś kto mówi, że liczy się tu i teraz niech opisze swoją równie ciekawą historię, chętnie poczytamy.

- M. H.

MEDIA







REKLAMA




REKLAMA




ADRA DLA DZIECI




(c) 2006-2009 Adventist Warsaw Media Group - Niniejszy serwis jest niedochodową i wolontaryjną działalnością członków zboru Warszawa-Centrum.