Kościół Adwentystów Dnia Siódmego
www.adwentysci.waw.pl

Adwentyści o Powstaniu Warszawskim

HISTORIA | 01/08/2007 | Jan Kot

Dzień 1 sierpnia to kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego, jednego z największych i najkrwawszych zrywów niepodległościowych w historii Polski.

Po 5 latach okupacji niemieckiej i ciężkiego terroru na ziemiach polskich 1 sierpnia 1944 roku wybuchły walki o Warszawę, które w wir najcięższych starć z wrogiem rzuciły milion mieszkańców stolicy, w tym także członków adwentystycznej wspólnoty.

Siedziba Zarządu Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego mieszcząca się wówczas przy ul. Tureckiej 1 na Mokotowie, wraz z okolicznymi budynkami, znalazła się pod zmasowanym atakiem z ziemi i z powietrza. Wszyscy modlili się o kolejny dzień życia.

Wiara w Boga dla jednych została wystawiona na próbę, dla innych była jedynym pokrzepieniem. Te ciężkie i dramatyczne chwile wspominają: Krystyna Kot, Zofia Mirek i Alfred Kononiuk — członkowie stołecznego zboru, którzy byli świadkami i uczestnikami tych wydarzeń.

Trudno mówić o powstaniu w oderwaniu od horroru, jaki przeżywaliśmy podczas całej okupacji — mówi Krystyna Kot z domu Silczyńska, która wraz z rodziną mieszkała przed wojną naprzeciwko siedziby Zarządu Kościoła Adwentystów. — Nie mieliśmy z tym Kościołem nic wspólnego. Ja byłam "przykładną" katoliczką, a moja ciocia (Janina Dąbrowska) była bardzo zaangażowana, jako solistka, w pobliskiej parafii.

Wszystko zmieniło się po niemieckich nalotach bombowych w 1939 roku, kiedy wypadły nam z okien wszystkie szyby —
wspomina roniąc w oku łzę. — Zaraz potem — mówi — pojawili się u nas szklarze: Stanisław Rafanowicz i pan Chmielewski — sąsiad z naprzeciwka, którzy — jak się okazało — byli adwentystami.

Zamiast mówić o sytuacji na mieście, o obronie Warszawy i „czarnym” rynku — mówili, wstawiając szyby, o Bogu i zapraszali nas na spotkania do kaplicy w Śródmieściu. Moja ciocia, jako osoba ciekawa życia, odpowiedziała na zaproszenie udając się na zaanonsowane wykłady. Po pierwszej wizycie były kolejne i kolejne, aż na 3 dni przed powstaniem przyjęła chrzest święty w nurtach Wisły, by być przez wiele następnych dziesięcioleci jednym z filarów zboru warszawskiego i wierną Bogu osobą
— sprawozdaje Krystyna.

Uroczystość jej chrztu prowadził ówczesny przewodniczący Kościoła pastor Wilhelm Czembor, jeden z mieszkańców budynku przy ul. Tureckiej 1. W tym czasie w naszym mieszkaniu organizował się sztab oficerów łącznikowych. Kilka godzin później całe miasto ogarnęła pożoga — dodaje w rozmowie.

Od 1942 roku pracowałam w Zarządzie Kościoła — mówi Zofia Mirek, z domu Bednarska, jedna z seniorek zboru warszawskiego. — Mieszkałam wówczas na Pradze i codziennie dojeżdżałam do pracy na Mokotów, zawsze przez Śródmieście. To nie była bezpieczna trasa. Ciągłe łapanki, rewizje, kontrole pasażerów w tramwajach na moście i uliczne egzekucje.

Wielokrotnie wychodziłam z takich opresji dosłownie cudem. Pamiętam nabożeństwa sobotnie w Alejach Jerozolimskich, na których czasem bywali także żołnierze Wermachtu, będący adwentystami, którzy z poboru i rozkazu służyli w Warszawie. Wówczas pastorem opiekującym się zborem był kaznodzieja Marian Hintz.

W roku 1944, na kilka tygodni przed powstaniem zachorowałam i leżałam w domu na Pradze
— wspomina Zofia Mirek. — 1 sierpnia, gdy zaczęły się walki, zrozumiałam, że długo nie zobaczę mych przyjaciół z pracy i innych bliskich z lewobrzeżnej Warszawy. Zza Wisły obserwowałam płonące dzielnice: Stare Miasto, Powiśle, Mokotów. Tam byli nasi...

Na Pragę wkrótce wkroczyła I Armia Wojska Polskiego. Wszyscy wylegliśmy na ulicę z domów i piwnic witając wjeżdżające czołgi. Do zniszczonej Warszawy przedostaliśmy się dopiero pół roku później, po zamarzniętej Wiśle. Mosty były wysadzone...

Powstanie zastało mnie nieoczekiwanie na Starym Mieście, gdzie udałem się w odwiedziny do swego brata
— wspomina Alfred Kononiuk, wywodzący się z domu adwentowego. — Od dwóch dni były już kłopoty z komunikacją miejską, więc z Pragi, gdzie mieszkałem, udałem się na Starówkę piechotą, przez most Kierbedzia. W mieście panował chaos i nieład.

Niemcy nawoływali do kopania okopów i stawienia się do obrony Warszawy przed armią sowiecką, która zbliżała się do miasta. O godzinie 17:00 zawyły syreny i rozpoczęły się powstańcze walki uliczne. Pod obstrzałem i bombardowaniem niemieckim spędziłem 30 dni, nie mając możliwości opuszczenia pola walki. Byliśmy odcięci od reszty miasta.

Wszędzie była śmierć, strach i głód. Po miesiącu zostaliśmy wyłapani i odeskortowani na dworzec kolejowy, skąd zawieziono nas z bratem do obozu przejściowego w Pruszkowie. Stamtąd trafiłem do obozu koncentracyjnego Mauthausen w północnej Austrii, pod Linzem.


Okolice ul. Tureckiej na Mokotowie (tzw. Sielce) gdzie mieściła się siedziba Zarządu Kościoła i Wydawnictwo „Znaki Czasu” były bombardowane przez okupanta i aliantów podczas całego powstania. Ci pierwsi namierzali oddziały Armii Krajowej, drudzy celowali w niemiecką fabrykę części samolotowych Bruhn-Werke, znajdującą się kilkaset metrów od kościelnego budynku — który, co warto zaznaczyć, jako jedyny w okolicy nie został konstrukcyjnie uszkodzony podczas całej wojny.

Kilka przecznic dalej napierały niemieckie czołgi oraz „goliaty”, a z odległego Okęcia strzelano w tę stronę z działa kolejowego z półtonowych pocisków i z tzw. „krów”. W jednej z książek o powstaniu napisano: Po każdym takim nalocie Sielce objęte były płomieniami i spowite czarnym dymem przemieszanym z pyłem zburzonych domów, w których, zdawało się żadna istota ludzka nie mogła się utrzymać przy życiu...

Każdy dom, ulica, kwartał przechodził, co kilka dni z rąk do rąk. Nasz budynek mieszkalny został całkowicie zbombardowany i spalony. Straciliśmy dosłownie wszystko. Naszą rodzinę w najcięższych chwilach przygarnęli pod swój dach adwentyści — opowiada Krystyna Kot, wówczas nastolatka. —Pamiętam sobotnie nabożeństwa odprawiane na klatce schodowej przy ul. Tureckiej 1. Wokół panowało piekło, szyby topiły się od gorąca, a tu grupka wiernych klęczała i modliła się do Boga prosząc o ocalenie. Tam kryli się także zupełnie obcy ludzie, a podczas okupacji schronienie znajdowali także i Żydzi.

Chowaliśmy się również w sąsiednim pałacyku należącym do, nieżyjącego już wówczas, naczelnego wodza i premiera, generała Władysława Sikorskiego, bezpośredniego sąsiada adwentystycznej siedziby. Później wróciliśmy do swoich piwnic, do ruin, na drugą stronę ulicy
— mówi Krystyna. Niestety nie na długo — dodaje.

Dom, a raczej to co z niego zostało, otoczyli esesmani. Z jednej strony wrzucali do piwnic granaty dymne, a przy drugim wejściu czekali aż wszyscy wyjdziemy. Wiele osób wokół nas leżało martwych. Inni stali z podniesionymi rękoma.

Rozpoznałam wśród nich także sąsiadów-adwentystów jak np. Olgę Kochnowicz, która była bardzo chora. Wszystkich nas poprowadzono do pobliskich Łazienek Królewskich, a stamtąd na dworzec, skąd przewieziono nas do Pruszkowa, do obozu. Tam rozgrywały się kolejne dramaty. Rozdzielanie rodzin, a najczęstszy kierunek wyjazdu to Oświęcim lub inny obóz.

Mimo, iż wówczas nie byłem „praktykującym” adwentystą, prosiłem Boga każdego dnia, aby pozwolił mi przeżyć, bym mógł się z Nim pojednać i przyjąć chrzest święty
— wspomina Alfred Kononiuk, który wprost z powstania trafił do Mauthausen. Będąc w obozie bardzo często przeżywałem krytyczne chwile, kiedy wydawało się, że już nie ma ratunku.

Po ludzku rzecz biorąc, to było nie do przeżycia. W cudowny sposób Bóg mnie prowadził, że mogłem do końca przeżyć i wrócić do kraju. To było wielkie doświadczenie. Przymierze z Panem zawarłem w 1948 roku w Warszawie i do dziś dziękuję za opatrzność, jaką mnie otoczył.


Przez KL Mauthausen i jego podobozy przeszło 335 tysięcy więźniów różnych narodowości, z których zginęło około 122 tysiące.

Nas także los oszczędził — kontynuuje opowieść Krystyna. Z rampy w Pruszkowie trafiliśmy na tzw. wywózkę, choć mało brakowało, abyśmy trafili do „gazu”. Dwóch Niemców kłóciło się o nas. To była Boża interwencja, że zwyciężył ten właściwy, który posłał nas na wysiedlenie, a nie na zagładę.

W bydlęcych wagonach jechaliśmy kilka dni nie wiedząc dokąd. Bez jedzenia i picia. Ludzie umierali stojąc. Taki był ścisk w wagonach. W końcu trafiliśmy w kieleckie. Tam spotykały nas kolejne trudności, niebezpieczeństwa, ale i kolejne cuda, dowody Bożej opieki warte spisania na świadectwo... Wiele czasu upłynęło zanim udało się nawiązać kontakt z adwentystami w tym regionie. Potem już było tylko lepiej...

Po wyzwoleniu wracaliśmy jak prawie wszyscy warszawiacy, na „swoje” gruzy w oczekiwaniu na powrót najbliższych, sąsiadów i przyjaciół. Po zakończeniu wojny siedzibę Kościoła przy ul. Tureckiej 1 władze państwowe zaadaptowały na mieszkania komunalne i odebrały ją Kościołowi. Przez blisko 50 lat obiekt ten nie miał nic wspólnego z Adwentyzmem prócz historii i wspomnień. Nadal mieszkaliśmy vis'a'vis...

Dziś, dzięki łasce Boga, budynek wrócił na łono Kościoła i mam nadzieję, że będzie pełnił godną rolę w misji ewangelii, na którą wciąż czeka jeszcze wielu mieszkańców Mokotowa. W okolicznych domach jest do wstawienia jeszcze wiele „okien”...
— dodaje refleksyjnie na zakończenie rozmowy Krystyna Kot



© Jan Kot / adwentysci.waw.pl




Dodaj swój komentarz...



British isolationist politics in the 1930s contributed to the disaster of world war two: more than 190,000 who died during the failed 63-day struggle.... many from my family. We must never allow history to repeat itself with such tragic consequences!!!!

- ed london

MEDIA







REKLAMA




REKLAMA




ADRA DLA DZIECI




(c) 2006-2009 Adventist Warsaw Media Group - Niniejszy serwis jest niedochodową i wolontaryjną działalnością członków zboru Warszawa-Centrum.