Kościół Adwentystów Dnia Siódmego
www.adwentysci.waw.pl

Lot pod specjalnym nadzorem

FELIETON | 04/11/2011 | jk

Jesień w tym roku jest ciepła i słoneczna, jakby rekompensowała nam chłodne i deszczowe lato. Nawet dzień 1 listopada, kiedy zwykle nie ma już liści na drzewach i smutek panuje na cmentarzach, był słoneczny i wyjątkowo ciepły.

Z samego rana, zachęcona bezchmurnym niebem i dobrą prognozą pogody, wybrałam się na wycieczkę rowerową, a kiedy wróciłam do domu wczesnym popołudniem włączyłam radio i usłyszałam komunikat o krążącym nad Warszawą samolocie Boeing 767 Polskich Linii Lotniczych LOT, który ma problemy z wypuszczeniem podwozia, na pokładzie jest 220 osób i 11 członków załogi a paliwa, co raz mniej.

Niedługo potem usłyszałam nad domem ryk przelatujących wojskowych myśliwców F16 i zrozumiałam, że sytuacja w powietrzu jest bardzo poważna. Natychmiast włączyłam telewizor. Po niedługim czasie zobaczyłam na ekranie lądujący bez podwozia samolot. Patrzyłam jak zaczarowana, bo po raz pierwszy widziałam taki przypadek, a lądowanie było tak piękne, że trudno było uwierzyć, że ten wielki metalowy ptak, ważący w momencie lądowania 120 ton, sunął z podniesionym dziobem jakby był dziecięcą zabawką. Kiedy spod prawego silnika zaczęły sypać się iskry, a potem pokazał się ogień, zamarłam z przerażenia.

Pierwszą moją myślą był podziw dla kapitana siedzącego za sterami. Potem przyszły następne refleksje, kiedy obserwowałam błyskawiczną ewakuację pasażerów i działania służb na pasie startowym. Wszyscy komentujący to wydarzenie byli niezwykle poruszeni, bo przecież mogło być inaczej.

Ciekawa byłam, kto siedzi za sterami i czekałam na tę chwilę, kiedy poznamy załogę samolotu. Jak zachowywali się pasażerowi w tych trudnych chwilach? Czy znali prawdę o samolocie? Co działo się na pokładzie? Bardzo lubię latać, im wyżej i dłużej, tym lepiej. Pamiętam lot nad Atlantykiem i Morzem Północnym, niepokojące turbulencje, lądowanie przy niedobrych warunkach atmosferycznych, niepokój pasażerów i stewardesę zapiętą pasami, modlącą się z pochyloną głową i zamkniętymi oczami.

Kiedy następnego dnia zobaczyliśmy rozrywanego przez dziennikarzy pilota, okrzykniętego słusznie bohaterem, kiedy na forach internetowych zapanowała euforia i już wszyscy powtarzali: „Lataj jak orzeł, ląduj jak Wrona”, zrozumiałam, jak bardzo potrzebujemy takich ludzi jak kapitan Wrona. Bo kapitan okazał się niezwykle skromnym człowiekiem, kompletnie zaskoczonym komentarzami na swój temat, nieustannie podkreślał, że nie on sam na to zapracował, że był obok drugi pilot, że załoga perfekcyjnie przeprowadziła ewakuację, że najważniejsze dla niego po wylądowaniu było bezpieczeństwo pasażerów i ich ewakuacja, że wszyscy postąpiliby tak jak on, że po to się szkolił całe życie, aby w tak trudnych warunkach przestrzegając procedur zminimalizować zagrożenie…

Ani razu nie usłyszałam słowa „JA”. Kiedy jeden z dziennikarzy zapytał go, jak wyglądał po wszystkim powrót do domu, głos kapitanowi się załamał, oczy się zaszkliły i to było piękne. Ten twardziel, ten nasz bohater, który zapanował na tonami stali, wylądował jak gdyby wszystko było sprawne, który tym samym uratował życie ponad dwustu osób, nie wstydził się pokazać ludzkiego oblicza.

Dzień 1 listopada tego roku był dniem ponownych narodzin nie jednej osoby znajdującej się na pokładzie samolotu prowadzonego przez kapitana Tadeusz Wronę. Po raz kolejny dał również wielu z nas do myślenia o życiu i jego kruchości.

Kiedy przeżywaliśmy te pełne napięcia, ale też piękne chwile, kiedy większość zachwycała się maestrią pilota, spod ziemi niestety wypełzły robaki i pokazały się na forach internetowych. Nie było ich dużo, ale wystarczająco obrzydliwe, aby ich nie komentować. Dość skutecznie zajęli się nimi internauci, czujni i zwarci, aby w porę i w zarodku zdusić insynuacje.
Jak zwykle, w takich dramatycznych przypadkach pojawił się także motyw religijny.

Okazało się, bowiem, że na pokładzie samolotu znajdowały się relikwie i to dało kanwę niektórym dziennikom do zajęcia się tym elementem dramatu. W niektórych komentarzach można było dostrzec niezwykle głęboką myśl: co tam umiejętności pilota, co tam perfekcyjnie wyszkolona załoga, co tam profesjonalnie działające służby naziemne – nic by to nie dało, gdyby nie obecność relikwii i duchownego, który je przewoził, co więcej, modlił się!

Z pewnością nie on jeden się modlił, bo w grupie ponad dwustu osób z pewnością większość stanowili ludzie wierzący. Dla człowieka wierzącego modlitwa jest rozmową z Bogiem, a w sytuacji tak szczególnej, jak awaryjne lądowanie, kiedy wydarzyć się może wszystko, z utratą życia włącznie, modlitwa jest wołaniem o ratunek, rachunkiem sumienia, żalem za tym, co można za chwilę utracić, myślą o rodzinie czekającej na ziemi, może być pierwszą w życiu modlitwą do nieznanego do tej pory Boga.

Mam prawo myśleć, że w samolotach, które nie dotarły do celu, także podróżowali ludzie, którzy w sytuacji zagrożenia gorąco modlili się i prosili Boga o ratunek. W samolocie, który rozbił się pod Smoleńskiem było wielu duchownych różnych wyznań, siedzieli w tym samolocie ludzie wierzący i niewierzący, a wielu z nich, świadomych zbliżającej się katastrofy z pewnością modliło się i wołało o pomoc.

Nie wolno nam spekulować i wybiórczo traktować wypadków lotniczych i dramatycznych wydarzeń w ludzkim życiu. Nie wolno nam winą obarczać Boga za to, że zawiedli ludzie, że człowiek człowiekowi zrobił krzywdę, że coś zaniedbał, że wsiadł pijany za stery i zabił niewinnych ludzi, że spowodował wypadek lotniczy, bo złamał procedury, albo zwyczajnie zawiódł sprzęt.

Jeśli zaś jesteśmy świadkami uniknięcia katastrofy dzięki wielkiemu opanowaniu pilota, jego wspaniałemu wyszkoleniu, umiejętności przewidywania, świetnej współpracy załogi i służb naziemnych, nie spekulujmy, tylko okażmy wielką wdzięczność samemu Bogu i ludziom.


© Barbara Niemczewska/www.adwentysci.waw.pl




Dodaj swój komentarz...




Można spojrzeć na to co się wydarzyło "poprzez relikwie", przez modlitwy "które stają się wołaniem", umiejętności pilotów i służb naziemnych... Jakże słusznie autorka felietonu zauważyła: "Nie wolno nam spekulować i wybiórczo traktować..." - nie tylko wypadki, ale wszystko co życie niesie! Pieęknie autorka przedstawiła Boga i ludzi też: "nie obarczajmy Go" - okażmy więcej "wdzięczności samemu Bogu i ludziom"!

- "Koala"

MEDIA







REKLAMA




REKLAMA




ADRA DLA DZIECI




(c) 2006-2012 Adventist Warsaw Media Group - Niniejszy serwis jest niedochodową i wolontaryjną działalnością członków zboru Warszawa-Centrum.