Kościół Adwentystów Dnia Siódmego
www.adwentysci.waw.pl

Sąd miłości

FELIETON | 02/11/2011 | jk

Ilekroć jako dziecko słyszałem historie o Jezusie, chłonąłem każde słowo, ale gdy tylko zaczynano mówić o Sądzie Ostatecznym, musiałem gdzieś nagle wyjść.

Mój młody umysł po prostu nie potrafił pogodzić wizerunku łaskawego Zbawiciela, który uzdrawiał osoby ogarnięte chorobą i strachem, z gniewnym Sędzią, przed którego obliczem, jak mi mówiono, będę musiał pewnego dnia stanąć.

Na szczęście, od tamtej pory dowiedziałem się znacznie więcej na temat Bożego sądu i chciałbym się tym teraz z wami podzielić.

Sędzia

Pierwszą rzeczą, jaką odkryłem, było to, kto tak naprawdę będzie sądził. Rozmawiając z uczniami w przeddzień ukrzyżowania, Jezus oświadczył: „A jeżeli ktoś posłyszy słowa moje, ale ich nie zachowa, to Ja go nie sądzę” (J 12,47)*.

Następnie wypowiedział zdumiewające zdanie: „Kto gardzi Mną i nie przyjmuje słów moich, ten ma swego sędziego: słowo, które powiedziałem, ono to będzie go sądzić w dniu ostatecznym” (w. 48).

Czyżby miały mnie potępić słowa?

Przypuśćmy, że ktoś mówi mi: „Charles, jak wdrapiesz się na szczyt tego urwiska i skoczysz, to spadniesz i się zabijesz”. Mimo to wspinam się na urwisko i rzucam w dół. I rzeczywiście – spadam na skały i momentalnie ginę. Czy zabiła mnie osoba, która mnie ostrzegła? Nie. Umarłem dlatego, że zlekceważyłem sobie jej słowa.

A zatem według Jezusa sąd zależy od tego, czy przyjmiemy, czy odrzucimy ostrzegawcze Boże orędzie. To, co z nami będzie w dzień ostateczny, nie będzie dziełem gniewnego Boga, lecz owocem naszego własnego wyboru. Sami decydujemy, czy skoczyć, czy nie. Sami decydujemy, czy żyć według Słowa Bożego, czy też zostać przez nie potępionymi.

Jezusa stwierdził następnie: „Nie mówiłem bowiem sam od siebie, ale Ten, który Mnie posłał, Ojciec, On Mi nakazał, co mam powiedzieć i oznajmić. A wiem, że przykazanie Jego jest życiem wiecznym. To, co mówię, mówię tak, jak mi ojciec powiedział” (ww. 49-50).

Według Chrystusa zbawienie zawisa od Bożych słów. W każdej ich sylabie kryje się nadzieja.

A czy Autor tych słów sam zgodnie z nimi żył? Trzy razy stawał Jezus twarzą w twarz z publicznymi grzesznikami. Trzy razy miał sposobność jawnie i surowo ich osądzić. Trzy razy pokazał, jaką rolę pragnie odgrywać w naszym życiu.

Listki figowe

Zacheusz był nikczemnym człowiekiem nikczemnej postury. Jako przełożony celników, zmuszał rodaków do płacenia podatków okupującym Palestynę Rzymianom. Co gorsza, często pobierał nad potrzebę, zgarniając nadwyżkę do własnej kieszeni, na czym zbił kokosy. Nic dziwnego, że Żydzi nim gardzili! (Zob. Łk 19,1-10).

Pewnego dnia, znajdując się w Jerychu, usłyszał, że przez miasto będzie przechodził Jezus, sławny rabin uzdrowiciel. Zacheusz postanowił zobaczyć na własne oczy tego popularnego Nieznajomego, ale jako człowiek mikrej postury, w tłumie mógł tylko obserwować plecy i brzuchy stojących wokół ludzi.

Ani myśląc, żeby niski wzrost pokrzyżował mu plany, rozejrzał się i... zobaczył niedaleko wyjście z sytuacji. Krajobraz upstrzony był figowcami, z których jeden wznosił się nieopodal, tuż przy drodze: wspaniałe drzewo o solidnych konarach i wystarczająco dużej ilości liści, aby można się w nich skryć.

Drogą nadchodził Mistrz w otoczeniu bacznych uczniów, grupki dopiero co uzdrowionych ludzi, zgrai mających dużo pytań wielbicieli, a także paru krzykaczy. Zacheusz uśmiechnął się w duchu: będzie mieć najlepsze miejsce!

Gdy jednak Jezus doszedł do drzewa, raptownie zatrzymawszy się uniósł wzrok. Zacheuszowi żołądek podszedł do gardła.

W tym momencie opowieści uśmiechnąłem się. Teraz Zacheusz dostanie za swoje – pomyślałem. – Ten oszust stanął oko w oko ze Stwórcą wszechświata. Cofnąć się, zaraz będzie gorąco!

Powoli, z uśmiechem na mocno zarysowanej, opalonej twarzy, Jezus odezwał się: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu” (Łk 19,5).

Szkoda, że nie mogłem wtedy zobaczyć, co się wydarzyło się dalej. Osłupiały mikrus błyskawicznie zlazł z drzewa.

– Chcesz się zatrzymać w moim domu? – spytał.

Jezus potaknął.

– Tędy – wyjąkał Zacheusz, wskazując kierunek. – Za... proszę za mną.

Później, kiedy Jezus i Zacheusz spędzili ze sobą trochę czasu, niskiemu celnikowi przydarzyła się dziwna rzecz: urósł. Nie pod względem wzrostu, ale charakteru. „Panie – oznajmił – oto połowę mojego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie” (w. 8).

Zacheusz, nieuczciwy poborca podatków, spotkał się twarzą w twarz z Chrystusem: Sędzią. I jak brzmiał wyrok Jezusa? „Zaproś mnie do swojego domu”.

Świętoszki

Pewnego dnia, tuż po wchodzie słońca, Jezus spędzał czas w zaciszu jerozolimskiej świątyni, gdy wtem grupa mężczyzn przywlokła mu pod nogi kobietę. „Nauczycielu – oświadczyli – tę kobietę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz?” (J 8,4-5).

No właśnie, Jezu – pomyślałem – co mówisz? To nierządnica, rozbijająca domy zepsuta grzesznica.

Jezus w milczeniu schylił się, zaczął pisać palcem na piasku. Nie mam pojęcia, co napisał, ale każdy z oskarżycieli zobaczył coś, co sprawiło, że nagle wszystkim przypomniało się, jakoby mieli akurat gdzie indziej coś ważnego do załatwienia.

Niedługo po ich odejściu pozostali tylko Jezus i kobieta, Sędzia i grzesznik. „Kobieto, gdzież oni są? – spytał półgłosem Chrystus. – Nikt cię nie potępił?” (w. 10).

Kobieta, wyczuwając, że konfrontacja zakończy się diametralnie inaczej, niż przypuszczała, szepnęła: „Nikt, Panie” (w. 11).

Następne słowa, które padły z ust Jezusa, i historia Zacheusza zmieniły moje postrzeganie przyszłego sądu. Spoglądając bacznie w oczy kobiety nakrytej na cudzołóstwie, Jezus rzekł: „I Ja ciebie nie potępiam. Idź, a od tej chwili już nie grzesz” (w. 11).

Szala krzyża

Poszukiwanie prawdy zawiodło mnie wreszcie w nader mroczne miejsce – na wzgórze tuż pod murami Jerozolimy, gdzie na rzymskim krzyżu wisiał w męczarniach Jezus. Po obu jego stronach ukrzyżowani byli grzesznicy – dwóch łotrów, których życie wypełniały przemoc i bezprawie. (Zob. Łk 23,39-43).

Jeden z nich urągał konającemu Zbawicielowi: „Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas” (Łk 23,39).

Drugi ze zbrodniarzy odwrócił się do pierwszego i jęcząc z bólu, zganił go: „Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale on nic złego nie uczynił” (ww. 40-41).

Potem, przenosząc wzrok na Chrystusa, poprosił: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa” (w. 42).

Co na to Jezus? Obiecał mu: „Będziesz ze mną w raju” (w. 43).

Obaj złoczyńcy cierpieli i owego dnia skonali, lecz tylko jeden odczuł przed śmiercią wpływ niebiańskiego sądu – nie łotr, który urągał, ale ten, który zwrócił się ze zwykłą prośbą: „Wspomnij na mnie”.

Pewnego dnia, stanąwszy obok celnika, nierządnicy i łotra, spojrzę w twarz Temu, który osądził, że wszyscy jesteśmy warci zbawienia. Będziemy kroczyć ulicami ze złota, gdyż postanowiliśmy uwierzyć w te słowa i poczuliśmy wieczny dotyk Bożego sądu miłości.


© Charles Mills/Signs of the Times 10/2011
Tłum. Paweł Jarosław Kamiński dla adwentysci.waw.pl





Dodaj swój komentarz...




W ostatniej części artykułu uderzyło mnie to, że urągajacy łotr użył złej formy. On też wołał o ratunek... ale nie prosił o niego Pana Jezusa. On żadał ratunku jednocześnie nie uznając Pana za godnego czci. Drugi prosił o ratunek uznając Pana Jezusa za Pana miłości. Dwóch ludzi i dwie postawy. Powyższy artykuł zmusza każdego do zadumy nad naszymi relcjami z Bogiem. Pozdrawiam serdecznie :))

- Tomasz R., Tarnów

MEDIA







REKLAMA




REKLAMA




ADRA DLA DZIECI




(c) 2006-2012 Adventist Warsaw Media Group - Niniejszy serwis jest niedochodową i wolontaryjną działalnością członków zboru Warszawa-Centrum.