Kościół Adwentystów Dnia Siódmego
www.adwentysci.waw.pl

Boża reputacja w krzyżowym ogniu krytyki

FELIETON | 16/03/2011 | jk

„Co widzicie oczami wyobraźni, gdy się modlicie?”, zadałem pytanie około czterdziestoosobowej grupie swoich studentów, pobierających naukę na chrześcijańskim uniwersytecie.

Odpowiedzi były różne różniste: „oślepiające światło”, „czarną dziurę”, „szaloną telefonistkę”, „sympatycznego mężczyznę siedzącego pod drzewem”. A potem kubeł zimnej wody: „Mężczyznę podobnego do mojego ojca, stojącego z założonymi rękami i z nachmurzonym czołem”.

Przypomniała mi się wtedy historia, którą Carl Burke opisał w książce pt. God is for Real, Man. Otóż na obozie młodzieżowym autor wędrował kiedyś szlakiem turystycznym z grupą nastolatków z dzielnicy biedoty. Kiedy uszli kawałek drogi, jeden z nich spytał go: „Psze pana, jaki jest Bóg?”.

Opiekun próbował stanąć na wysokości zadania. „Bóg jest jak ojciec”, zaczął ciepłym głosem, tryskającym entuzjazmem.

Odpowiedź wywarła wrażenie, tyle że odwrotne od zamierzonego. „Jak jest taki jak mój ojciec – mruknął nastolatek – to na pewno bym go znienawidził”.


Paskudna Boża reputacja

Właśnie taka wstrętna opinia krąży na temat Boga. Opinia, w której utwierdzają ludzi całe zastępy odrażających ojców i której zadaje kłam zaledwie garstka porządnych ojców. Nic dziwnego, że uczniowie poprosili Jezusa, aby pokazał im Ojca (J 14,8). Najwyraźniej podobnie jak moi studenci, też mieli najróżniejsze wyobrażenia.

Według chrześcijan „ojciec” to nadal dobre określenie Boga. Przyczynił się do tego w znacznym stopniu Jezus. Zanim jednak przejdziemy do Jezusa, musimy porozmawiać o grzechu i jego wpływie na Bożą reputację.

Pismo Święte podaje garść informacji na temat świata, gdzie nikt nikomu nie wyrządza krzywdy (Iz 11,9). Świata, w którym dobroć jest tak głęboko zakorzeniona, że nikt nie musi drugiemu mówić, co ma robić (Jr 31,34). Świata bez bólu, łez i śmierci, gdzie wszyscy wielbią Boga chętnie i z radością (Ap 21,1-4; 22,1-5). Oczywiście jest to również obraz naszego świata u zarania dziejów. Dowiadujemy się w ten sposób, że to grzech zepsuł nasz świat, sprowadzając samolubstwo, co z kolei wywołało chaos, w którym dziś żyjemy. Czy świat nie funkcjonowałby lepiej, gdyby zawiadywał nim Bóg i kazał wszystkim być dobrymi?


Bóg satrapa

Biblia mówi pomiędzy wierszami, że właśnie to zarzucił Bogu nieprzyjaciel. Oskarżył go o to, że próbuje zmuszać wszystkich, aby postępowali wedle jego widzimisię. Oświadczył, że Boże rządy oparte są na ucisku i zakazach. Opowiedział się za pełną swobodą osobistą, innymi słowy za nieograniczonym egoizmem. Obwinił Boga o to, że jest niesprawiedliwy i apodyktyczny, skoro upiera się, by stworzenia przestrzegały jego prawa niesamolubnej miłości.

Jak Bóg miał sobie poradzić z nieprzyjacielem i jego zarzutami? Najszybszym sposobem byłoby uciszenie go. Ale to jedynie dowiodłoby słuszności oskarżeń nieprzyjaciela, czyniąc zeń męczennika „prawdy”. Bóg, odrzucając możliwość natychmiastowego unicestwienia buntownika, kierował się czymś więcej niż samymi względami praktycznymi. Bóg jest miłością i takie rozwiązanie by ją zniszczyło. Wszystkie Boże stworzenia już na zawsze służyłyby mu ze strachu, bojąc się, że może je spotkać podobny los. Nie, dla Boga miłości takie rozstrzygnięcie nie wchodziło w rachubę.

Alternatywne wyjście? Dać przeciwnikowi czas i miejsce na wypróbowanie swojego planu. Jeżeli uczciwy sprawdzian pokazałby, że Boży plan jest lepszy, Bóg wygrałby dzięki argumentom, a nie sile. Jak sugeruje Pismo Święte, Bóg przedsięwziął właśnie taki plan.

Niemniej wdrożenie tego typu sprawdzianu stwarza kolejne problemy. Gwoli wyjaśnienia posłużę się skrajnym przykładem. Wyobraźmy sobie, że ktoś twierdzi, iż ludzie powinni pić sok pomarańczowy z dodatkiem rtęci. Wychwala swój „supernapój” jako dużo lepszy niż naturalny sok pomarańczowy, bo potrafiący nawet przemienić ludzi w bogów, znających dobro i zło.

Rozumiecie, do czego zmierzam? Rtęć nawet w śladowych ilościach wywiera negatywny wpływ na życie. Decyzja o trzymaniu „supernapoju” z dala od dzieci nie byłaby przejawem apodyktyczności. Zaufajcie mi, powiada Bóg, „wzbogacony” sok pomarańczowy (egoizm) wcale ludziom nie służy.

A co jeśli ludzie nie ufają Bogu? Czy powinien obdarzyć ich straszliwą swobodą trucia samych siebie? Jeśli Bóg pragnie królestwa miłości, to poniekąd nie ma innego wyjścia. I dlatego pozwolił nieprzyjacielowi rozprowadzać „supernapój” wśród Bożych stworzeń. Chętni się znaleźli. Stąd właśnie taki bałagan na świecie. Ludzie piją truciznę i giną.


„To wina Boga”

Z ludzkiej śmierci nieprzyjaciel czyni kolejną broń wycelowaną w Bożą reputację. Mówi, że winien jest temu Bóg – że to Bóg stworzył rtęć i pozwolił, by ludzie pili „supernapój”. A więc to wina Boga, to on ponosi odpowiedzialność.

Poniekąd to i racja. Ale spójrzmy na to od innej strony. Wyobraźmy sobie następującą sytuację: Zajęty obserwowaniem wiewiórek w parku, zapominam patrzeć przed siebie i wpadam na drzewo. Wolno mi twierdzić, że siniaka na głowie nabiłem sobie z winy Boga. W końcu to on stworzył wiewiórki, drzewa, oczy, nogi, stopy – wszystko, co przyczyniło się do tego, że uderzyłem się w głowę. To wina Boga.

Ludzie potrafią być aż tak niedorzeczni. Przeczytałem kiedyś historię o człowieku, który wytoczył proces showmanowi Philowi Donahue, żądając 15.000 odszkodowania z powodu strat wyrządzonych przez jego psa. Jedni świadkowie mówili, że pies leżał przy drodze ranny, inni, że po prostu stał sobie przy drodze cały i zdrowy. Otóż kiedy mężczyzna przejeżdżał obok, zamiast na drogę spojrzał na psa... i wjechał w wóz strażacki. No, Donahue, teraz płać za szkody. To twoja wina!

Nieprzyjaciel Boga jest dobry w tego typu sugestiach.


Na nasz obraz i podobieństwo

I oto doszliśmy do trzeciej broni wymierzonej w Bożą reputację. Trucizna nieprzyjaciela to egocentryczna miłość zdolna jedynie do brania – a potem nieprzyjaciel usiłuje nas przekonać, że taki właśnie jest Bóg. Niestety, zbyt wielu ojców jest właśnie takich, ba! nie tylko ojców, wszak nasze wyobrażenie Boga kształtujemy na podstawie wszystkich ludzkich autorytetów.

Samolubny świat działa według następującej zasady: zagarnąć, ile się da. Jeśli jestem od ciebie większy i silniejszy, zagarniam, co twoje. Ci zaś, którzy są więksi i silniejsi ode mnie (m.in. autorytety), zagarniają, co tylko mogą i czego tylko pragną. A ja, starając się powstrzymać od zabrania mi tego, co mam lub czego pragnę, uciekam się do kłamstw i oszustw.

W takim świecie ja spodziewam się najgorszego po tobie i po nich, ty i oni spodziewacie się najgorszego po mnie, a my wszyscy przenosimy te odczucia na Boga, największego, najsilniejszego Autorytetu.

Oto właśnie świat, który widzimy wszyscy dookoła.

A co jeśli chcemy czegoś od tego okrutnego boga, w którego przemieniliśmy naszego Boga? Musimy go przekupić, bo takiego boga nie da się łatwo zadowolić. Amerykański historyk i filozof Will Durant, wypowiadając się na temat ludzi, którzy złożyli w ofierze bogu Baalowi własne dzieci, ujął to następująco: „W jakiś sposób boga trzeba było udobruchać i zadowolić, ponieważ jego wyznawcy uczynili go na swój obraz i podobieństwo i w oparciu o swoje wyobrażenia, a taki bóg nie przejmował się zbytnio ludzkim życiem ani płaczem kobiet”.


Prawdziwe oblicze Boga

Czy Bóg rzeczywiście taki jest? Nie, o ile dobrze rozumiem to, co czytam w Biblii. Bóg poczynił wiele kroków, żeby powiedzieć ludziom prawdę o sobie samym i o świecie, w jakim pragnie, aby żyli. Wszystkie te drobne kroki nabierają jednak sensu dopiero w świetle jego ostatecznego, siedmiomilowego kroku: wcielenia – przybrania ludzkiego ciała, prowadzenia ludzkiego życia i poniesienia śmierci w najgorszy sposób. I wszystko po to, by pokazać światu, że grzech to grzech, a miłość to miłość. Krzyż Golgoty ujawnia w pełni prawdziwe oblicze Boga i nieprzyjaciela: z jednej strony widzimy samolubną miłość, która posunęłaby się nawet do bogobójstwa, z drugiej zaś niesamolubną, skłonną zapłacić najwyższą cenę – umrzeć za bogobójców!

Wbrew niektórym opiniom Golgota nie pokazuje, jakoby Bóg był gniewnym Sędzią, który – skoro grzesznicy nie zapłacą kary za grzech – żąda, aby koniecznie uczynił to ktoś inny. Ofiara Chrystusa ukazuje Świętego Boga, który osobiście płaci cenę, przyjmując ludzkie ciało w postaci swojego Syna i pozwalając ludzkiemu egoizmowi zrobić z Nim, co mu się żywnie podoba, ażeby wszechświat poznał prawdę o grzechu i o miłości.

Miałem przywilej wychowywać się w chrześcijańskim domu i uczęszczać do chrześcijańskiej szkoły. Ale dopiero mając dwadzieścia kilka lat, zdałem sobie w pełni sprawę, że Jezus był i jest Bogiem. Prawda zawarta w Ewangelii wg św. Jana poraziła mnie swą jasnością niczym błyskawica. Nagle uprzytomniłem sobie, że Bóg, któremu służyłem, nie jest niechętnym mi Bogiem, któremu niełatwo dogodzić, lecz Bogiem łaskawym, który poprzez Chrystusa dał się poznać i pojednał z sobą świat.

Jaki ojciec, taki syn: to coś więcej niż popularne przysłowie – to prawda. Prawda wyjaśniająca, dlaczego obecnie podążam za Bogiem tak żarliwie. Jeżeli Bóg jest taki jak Jezus, mogę mu służyć na zawsze.

Ty również.

***

JAKI JEST BÓG:

• Bliski – Ps 145,18

• Przebaczający – Rz 3,22.25

• Miłosierny – Pwt 4,31

• Miłujący – J 3,16

• Litościwy – Sdz 2,18

• Doskonały – Mt 5,48

• Niezmienny – Hbr 13,8

• Sprawiedliwy – Rz 1,16-17


© Alden Thompson/Signs of the Times 3/2011
Tłum. Paweł Jarosław Kamiński dla www.adwentysci.waw.pl





Dodaj swój komentarz...


MEDIA







REKLAMA




REKLAMA




ADRA DLA DZIECI




(c) 2006-2012 Adventist Warsaw Media Group - Niniejszy serwis jest niedochodową i wolontaryjną działalnością członków zboru Warszawa-Centrum.