Kościół Adwentystów Dnia Siódmego
www.adwentysci.waw.pl

Śpiewający Bóg

FELIETON | 04/11/2010 | jk

Mały chłopiec zasiadł przy fortepianie i od niechcenia zaczął stukać w klawisze, udając, że czyta z otwartych nut. Tata, głęboko poruszony wspaniałym widokiem, przysiadł się do niego.

– Kiedy byłeś w brzuchu u mamusi – rzekł chłopcu – często namawiałem ją, żeby tu sobie ze mną siadła, i grałem dla ciebie właśnie tę melodię.


Ku kompletnemu zaskoczeniu ojca, chłopiec jakby nigdy nic odparł:

– Aaa, to ty!

Bez względu na to, czy maluch faktycznie pamiętał graną przez ojca muzykę, czy też nie, wiemy, że dzieci w łonie matki istotnie słyszą wiele dźwięków dochodzących zza cienkiej ścianki matczynego brzucha.

A czy i ty, drogi Czytelniku, słyszysz muzykę swojego Ojca?

Według słów proroka Sofoniasza, Bóg rzeczywiście śpiewa tobie i mnie: „Pan, Bóg twój, w pośrodku ciebie mocny zachowa cię, rozweseli się wielce nad tobą, przestanie na miłości swej przeciwko tobie i rozweseli się nad tobą z śpiewaniem” (Sof 3,17, Biblia gdańska).

Oto biblijny poetycki sposób przekazania nam, że Bóg dobrze nas zna, żywi względem nas serdeczne uczucia i stara się nam uświadomić, że nas kocha. W związku z tym śpiewa. Zza cienkiego muru odgradzającego widzialne od niewidzialnego wyśpiewuje naszym sercom serenady i stale szepcze do naszych umysłów słowa prawdy o swej miłości.

Kiedy Boże myśli i uczucia spływają, niczym pieśń, do naszych serc, czyni on to w pewnym realnym, choć nieuchwytnym dla ucha celu: ma nadzieję, że usłyszymy tę pieśń i poznamy jego serce.

Sama idea, że Wszechmogący Bóg w ogóle miałby śpiewać, jest w gruncie rzeczy dość zdumiewającym objawieniem tego, jakiego pokroju istotą musi on być. Bo przecież jakie osoby śpiewają? Przede wszystkim bardzo otwarte, chcące podzielić się swoimi myślami i wywołać u innych te same uczucia.

Właśnie z takim Bogiem mamy do czynienia.

Nie z żadnym „Nieporuszonym Poruszycielem”, jak pragnąłby nam wmówić Arystoteles. Nie z „nieczułym”, „deterministycznym” Bogiem klasycznego teizmu, będącym niczym więcej jak schrystianizowaną wersją Boga Arystotelesowskiego. Nie z „bezosobową mocą” ani „jaźnią zbiorową”, znanymi z panteizmu albo Gwiezdnych Wojen („Niech Moc będzie z tobą!”). Żadne z tych wyobrażeń nie pasuje do Bożego charakteru objawionego na kartach Pisma Świętego.

Śpiewający Bóg to z pewnością także Ktoś odczuwający i targany silnymi emocjami. Skoro Bóg śpiewa – a tak mówi Biblia – to okazuje się, że żyjemy w obecności Istoty Najwyższej, której serce bije w rytmie najwznioślejszych emocji. Następstwa tego są kolosalne.

Pewni starożytni greccy hipisi, zwani Pitagorejczykami, zauważyli, że cały stworzony świat ma charakter matematyczny. Później dopatrzyli się matematyki i w muzyce. Uzmysłowili sobie, że muzyka, powstając na bazie reguł matematycznych, kreuje w ludzkiej duszy nowe myśli i uczucia. Stworzyli więc hipotezę, że Stworzyciel musi być śpiewakiem, który powołał do istnienia świat poprzez wyśpiewanie go i cały kosmos funkcjonuje w oparciu o jakąś partyturę!

Kto wie, może Pitagorejczycy mieli słuszność. W końcu muzyka to naładowana emocjami matematyka, a towarzyszący muzyce tekst stanowi po prostu przepełnione emocjami myśli. Wielcy kompozytorzy wierzyli, że poprzez swoją sztukę obdarzają głosem muzycznym cuda stworzonego świata. Niektórzy z nich twierdzili, że muzyka pojawia się w ich głowach, kiedy obserwują wspaniałości otaczającego świata, jakby słyszeli coś, co już tam jest. Uważali, że nie tyle muzykę tworzą, ile ją odkrywają.

Biblijny Bóg to wszechpotężny Stworzyciel wszechrzeczy. Już sama powaga i wzniosłość koncepcji mówiącej o istnieniu Boskiego Bytu może dość mocno przytłaczać i onieśmielać. Nawet przerażać. Ale jeśli Bóg śpiewa... ha! to zmienia całą postać rzeczy. Dzięki takiej idei uprzytamniamy sobie, że we wnętrzu całej tej potęgi bije czułe serce.

Jeżeli Stwórca śpiewa, połączenie wszechmocy rezydującej w nieskończonej wrażliwości napełnia nas nabożną czcią. Ba, jeśli Bóg jest kompozytorem i wykonawcą pieśni miłosnych – o czym zapewnia Pismo Święte – to musi być w nas mocno zakochany, gdyż pieśni miłosne śpiewają tylko zakochani. Ale i to nie wszystko: musi on też chcieć, abyśmy go słyszeli, bo osoby śpiewające pieśni miłosne chcą być słyszane przez tych, których kochają.

Zachodzi pytanie, czy słyszymy tę niebiańską muzykę?

Nigdy nie zapomnę swojego własnego odkrycia Ojca, podobnego do odkrycia dokonanego przez chłopca przy fortepianie. Miałem wtedy osiemnaście lat. Wcześniej nie była mi znana koncepcja Boga i nigdy nie czytałem ani jednego fragmentu literatury religijnej. Nie wiedziałem w ogóle nic o Bogu i tylko trochę było mi wiadomo na temat religii. Jednak pewne rzeczy skądś wiedziałem, co do niektórych z nich żywiłem nawet silne przekonanie i odczuwałem w związku z nimi intensywne emocje. Czułem wyraźny gniew z powodu niesprawiedliwości i ucisku w naszym świecie. Wiedziałem, że nie powinno się porywać ani katować dzieci. Wiedziałem, że mężowie nie powinni bić żon. Wiedziałem, że kraje nie powinny zrzucać na siebie bomb. Że jedna grupa ludzi nie powinna umierać śmiercią głodową, podczas gdy inna się przejada. Że dilerzy narkotykowi nie powinni żerować na dzieciach. Że ludzie nie powinni się nawzajem nienawidzić z powodu innego koloru skóry.

Wiedziałem też więcej, coś bardziej fundamentalnego – że moja świadomość zła oznacza, iż musi istnieć jakieś rzeczywiste, absolutne dobro, stanowiące jego przeciwieństwo. Czasem widywałem przebłyski tego dobra: miłość rodzica do dziecka; dwoje dzieci pękających ze śmiechu, uradowanych swoją przyjaźnią; ktoś odważnie interweniujący, aby położyć kres niesprawiedliwości. Dobro ukazywało mi się też niekiedy pod postacią pięknej przyrody, a innym znowu razem w słowach piosenki mówiących o tęsknocie za miłością.

Wiedziałem to wszystko, nie wiedząc nic o Bogu. Później jednak zdałem sobie sprawę, iż wiem to wszystko właśnie dlatego, że i on o mnie wie. Przez cały czas śpiewał mej duszy pieśni, a ja nie byłem świadom, że to on.

Wreszcie nadszedł dzień, kiedy mój gniew na zło i pragnienie triumfu dobra znalazły oddźwięk w spotkaniu Tego, który jest źródłem dobra i wrogiem zła. To było jak danie twarzy imienia, a raczej danie imieniu twarzy. Miałem w sercu głębokie odczucie, jak mógłby wyglądać świat, gdyby nigdy nie dopuszczono się żadnego zła, gdyby nikt nigdy nie użył wobec drugiej osoby przemocy, gdyby każdy troszczył się bardziej o innych niż o siebie samego. Kiedy dowiedziałem się, że Stwórca naszego świata jest fundamentem wszelkiego dobra, za którym tęskniłem, i że nienawidzi wszelkiego zła i gwałtu, byłem jak ten chłopiec przy fortepianie:

– Aaa, to ty!

Doszło do mnie, że gdybym był tylko efektem ewolucji, nie miałbym żadnych wyższych aspiracji niż przetrwanie. Nagle olśniło mnie: zrozumiałem, że nienawidzę zła, bo istnieje coś takiego jak zło, i że tęsknię za dobrem, bo istnieje coś takiego jak dobro absolutne. Teraz absolutne przeciwieństwo zła i absolutną krynicę dobra umiejscowiłem w osobowym Bogu, który stworzył ludzkość na swój obraz i podobieństwo. To właśnie ten Bóg przez całe moje życie wlewał mi nieprzerwanie do umysłu strumień moralnych bodźców, dając wskazówki i podpowiedzi. Teraz poznałem imię Tego, który przez całe moje życie śpiewał mej duszy pieśni.

Kojarzy mi się to z pewnym zdarzeniem. Otóż jadąc pewnego razu samochodem, usłyszałem w radiu niesamowity utwór. Czułem, że muszę go posłuchać jeszcze raz, więc wyjąłem coś do pisania, żeby zanotować tytuł. Niestety, beztroski didżej puścił następny kawałek i nie zidentyfikowałem źródła genialnego utworu, który tak przykuł mą uwagę.

Minęło kilka lat. Pewnego dnia przyjaciel spytał, czy słyszałem kiedyś Adagio for Strings Samuela Barbera. Zaprzeczyłem. – Musisz tego posłuchać – nalegał. Za parę dni podarował mi płytę CD, nakłaniając, żebyśmy od razu siedli i posłuchali.

Gdy tylko cudowne smyczki poczęły się wznosić niczym poranny blask słońca, przenikający mroźną zimową mgłę, rozpoznałem ten utwór. – Przecież ja to znam – powiedziałem przyjacielowi. – Słyszałem ten utwór parę lat temu i od tamtej pory cały czas siedzi mi w głowie.

W końcu odnalazłem źródło utworu, który kołatał mi się po czaszce.

Czy i ty, Drogi Czytelniku, dostrzegłeś już powiązanie między pieśnią miłosną w twoim sercu a jej Niebiańskim Kompozytorem?


© Ty Gibson/Signs of the Times 11/2010
Tłum. Paweł Jarosław Kamiński dla www.adwentysci.waw.pl

Artykuł stanowi adaptację fragmentu książki Tya Gibsona A God Named Desire.





Dodaj swój komentarz...


MEDIA







REKLAMA




REKLAMA




ADRA DLA DZIECI




(c) 2006-2012 Adventist Warsaw Media Group - Niniejszy serwis jest niedochodową i wolontaryjną działalnością członków zboru Warszawa-Centrum.