Kościół Adwentystów Dnia Siódmego
www.adwentysci.waw.pl

Jak to latem było... - RELACJA Z CAMPU 2008

AKTUALNOŚCI Z KRAJU | 18/09/2008 | jk

Między 9 a 19 lipca 2008 roku Zatonie przeżyło prawdziwy najazd. Chyba najstarsi górale nie pamiętają takiego ścisku na polu namiotowym. Kto przyjechał w dniu rozpoczęcia kampu, miał już niewielkie szanse na rozbicie się w pobliżu głównego namiotu.

Prawdę mówiąc, mógł szukać wolnego miejsca jedynie na obrzeżach pola. Organizatorzy obliczyli, że w szczytowym momencie było ponad 1100 osób z całej Polski i różnych krajów europejskich oraz z Australii i USA.

Głównym mówcą tegorocznego zjazdu był Frank Fournier, Amerykanin z kanadyjskimi korzeniami; misjonarz, którego życie pełne jest niezwykłych historii i doświadczeń z Bogiem. Dzielił się nimi podczas codziennych wykładów. Niektóre zapamiętamy na długo.

Zwłaszcza jeden z pierwszych, w którym namawiał do zaufania Bogu ze wszystkich sił i do pozbycia się obaw przed trudnymi doświadczeniami, bo to właśnie one sprawiają, że dla innych ludzi stajemy się wiarygodnym świadectwem działania Boga.

Bez osobistego doświadczenia mamy w zanadrzu tylko czyjeś historie, a najważniejsza — jak przekonywał pastor Fourier — jest nasza własna historia. To tylko jedna z wielu ciekawych i ważnych myśli, którymi dzielił się główny mówca kampu.

Wrażenia i emocje

Wielu wrażeń i emocji dostarczyły nam także wieczorne koncerty. Jednym z najciekawszych był występ zespołu Emaus, który stworzył niezwykle duchową atmosferę, przeplatając piękne pieśni doświadczeniami z Bogiem. Równie poruszający był recital Ani Martuskovej, solistki operowej z czeskiej Ostrawy, która wzbogaciła pieśni znane z kościelnych śpiewników wspaniałym świadectwem swojego życia.

Było ono tym bardziej wiarygodne, że Ania zawarła na kampie przymierze z Panem. Co ciekawsze, nie była jedynym obcokrajowcem zanurzonym w jeziorze Lubie. Razem z nią do wody wchodził pracujący w Warszawie jej rodak, Otokar, z którym poznała się właśnie w Zatoniu. W sumie chrzest święty przyjęło 30 osób. Chwała Panu Bogu za każdego nowo narodzonego brata i każdą siostrę.

Pamiętam, jak Miroslav Pujic z Anglii mówił podczas jednego z ostatnich kampów o swojej idei nabożeństwa, w którym powinno być więcej dziękczynienia niż teologii, więcej chrześcijańskiej radości niż ciężkostrawnej powagi.

Myślę, że zbór ze Szczecina dokładnie zrozumiał, o co chodziło pastorowi, bo przygotowane przez nich nabożeństwo sobotnie było jednym wielkim dziękczynieniem i fantastycznym przeżyciem. Oczywiście, zawsze znajdą się malkontenci, którzy będą narzekać na łamanie przyjętego schematu i — paradoksalnie — na deptanie tradycji naszych nabożeństw, ale chyba nawet oni na długo zapamiętają wzruszającą pantomimę, przedstawiającą niewidoczną, duchową walkę o każdego człowieka, albo przedstawiony w formie ruchowej Psalm 23, czy też skupionych siostry i braci stojących w kolejce do drzewa, na którym można było zawiesić swoją modlitwę.

Wielkie podziękowania dla zboru należą się także za samą organizację nabożeństwa. Okazuje się, że wystarczy zastosować kilka prostych pomysłów, aby zapanować nawet nad największym tłumem w namiocie.
Zespołem rozśpiewującym była w tym roku grupa Via Fides.

Chciałoby się powiedzieć, że gołym uchem można było usłyszeć, że młodzież z centralnego warszawskiego zboru włożyła wiele godzin pracy w przygotowanie urozmaiconego repertuaru, jednak ich występy były bardziej koncertami niż rozśpiewaniem.

Szkoda, bo brakowało wspólnego śpiewania. Zwykle po campie przywoziliśmy do zborów sporo wpadających w ucho pieśni. W tym roku będzie ich mniej. Z drugiej strony trzeba uznać za godne podziwu ich profesjonalne podejście do śpiewu, wewnętrzną dyscyplinę oraz zaangażowanie członków grupy w inne programy realizowane podczas zjazdu.

Potwierdzone prawdy

Nie ma kampu bez ewangelizacji. W tym roku miała miejsce kolejna akcja oddawania krwi w Drawsku Pomorskim. Chętnych nie brakowało. Na ulicach Drawska Pomorskiego miał miejsce także koncert, w którym wystąpiły zespoły Emaus, Via Fides oraz Ania Martuskova.

Koncert się odbył, ale niewiele brakowało, a deszcz zmusiłby wykonawców do zmiany planów. Zresztą z deszczem podczas kampów jest tak, że zazwyczaj przestaje padać niemal w ostatniej chwili. Tak się stało i tym razem.

W każdym razie trzeba przyznać, że coś jest na rzeczy i nasze zjazdy mają jakąś magnetyczną moc ściągania chmur, z których potem leje całe tygodnie. W tym roku jakimś szczęśliwym trafem pogoda w miarę dopisała. Było trochę słońca, trochę deszczu i umiarkowanie ciepło, co też miało swoje plusy, bo upał nikogo nie wyganiał z namiotów, w których odbywały się zajęcia, a lekki deszcz nawet czasem wspomagał frekwencję.

A skoro o frekwencji mowa, to warto wspomnieć o wykładach zdrowotnych prowadzonych przez pastora Csalami z Węgier, które codziennie gromadziły co najmniej siedemdziesięcioosobowe grupy słuchaczy. Te spotkania, można powiedzieć, były tylko potwierdzeniem dużego zainteresowania tajnikami zdrowia oraz zakładaniem szkół lepszego życia wśród członków naszego Kościoła.

Kamp był również okazją do potwierdzenia jeszcze jednej prawdy: kochamy śpiewać i z całą pewnością wielu z nas ceni sobie muzykę gospel. Skąd to przekonanie? Ano właśnie z frekwencji na codziennych próbach chóru kampowego i zaangażowania uczestników tej spontanicznej grupy.

Nie wiem, czy Agnieszka Kosowska, dyrygentka zespołu, spodziewała się takiego zainteresowania, ale trzeba przyznać, że poradziła sobie z zadaniem znakomicie i (jak się wydaje) bez najmniejszego wysiłku opanowała kilkudziesięcioosobowy chór.

Można powiedzieć, że tradycją kampów stały się wieczorne modlitwy młodzieży na plaży koordynowane przez Tomka Karaudę z Łodzi. Jak co roku, tak i w tym codziennie nad jeziorem gromadziło się 150 osób. Szkoda tylko, że nie wszyscy uczestnicy tych spotkań wiedzieli, po co tam przychodzą. A może byłoby dobrze, żeby niektórzy bardziej wzięli sobie do serca wysiłki i intencje organizatorów, bo wtedy może nie myliliby spotkań modlitewnych z kawiarnianymi?

Ciekawe zajęcia nie tylko dla dzieci

Tak jak co roku odbyły się wykłady tematyczne: o usprawiedliwieniu z łaski, o roli muzyki w Kościele, na temat teatru w świetle moralności chrześcijańskiej. Niemałą grupę zainteresowanych przyciągnął też wykład, będący próbą praktycznej odpowiedzi na pytanie, jak uniknąć wypalenia się, pomagając innym, oraz seria wykładów prowadzonych przez pastora Andrzeja Sicińskiego.

Tradycyjnie, sporym zainteresowaniem cieszyły się też rozgrywki sportowe i różnego rodzaju warsztaty tematyczne. I jak zwykle było w czym wybierać: liga siatkówki, koszykówki, piłki nożnej, angielski, warsztaty teatralne, nauka gry na gitarze itp. Podobnie jak w zeszłym roku sporo osób uczyło się tańca i śpiewu żydowskiego.

Efekty tych wysiłków można było zobaczyć podczas sobotniego koncertu dziękczynnego. Nowością były natomiast zajęcia dla osób zakładających strony internetowe oraz spotkania dla kolporterów z pastorem W. Hirle’em z USA.

Wakacje w Zatoniu zapewne na długo zapamiętają też dzieci. Programem tegorocznych zajęć zajęła się młodzież z Warszawy. Dzieciaki miały swoje zajęcia w grupach wiekowych. Oprócz gier i zabaw były także zajęcia edukacyjne, wzbogacone tematycznymi pracami plastycznymi, które potem były sprzedawane wśród uczestników kampu.

W codziennej krótkiej kronice filmowej, emitowanej po wieczornym wykładzie, można było zobaczyć, co dokładnie działo się na zajęciach. Trzeba choćby wspomnieć, że dzieci bardzo aktywnie i skutecznie zaangażowały się także w zbiórkę pieniędzy na misję w Afryce. Udało im się zebrać około 6 tys. złotych.

Na zakończenie

Niestety, tegoroczny kamp miał także swoje ciemniejsze strony. W tym roku wartownicy trochę za mocno weszli w swoje role, przez co miało miejsce zbyt wiele niepotrzebnych i niemiłych sytuacji. Tak młodzi, jak i starsi często skarżyli się na zbyt gwałtowne zachowania osób zaangażowanych w ochronę. Można dyskutować o tym, na ile taka wojskowa dyscyplina poprawiła porządek na polu namiotowym i bezpieczeństwo uczestników, ale poza dyskusją pozostaje fakt, że zbyt wiele osób odczuło obecność ochrony na własnej skórze.

Pozostaje pytanie, czego możemy spodziewać się w przyszłym roku. Dziś trudno to przewidzieć, bo zmienia się organizator kampów w Zatoniu. Tegoroczny zjazd był ostatnim, którego „mózgiem” był pastor Mirosław Karauda. Jeśli mierzyć podziękowanie za serce i wysiłek liczbą wpisów na ogromnej pamiątkowej kartce wręczonej mu przez młodzież, to jest ono naprawdę wielkie.

Renomy tak dużych wydarzeń nie buduje się w krótkim czasie. Potrzeba kilku lat, aby ustabilizować poziom tego typu spotkań. Szkoda zatem, że nie ma ciągłości organizacyjnej, bo przy tak dużych imprezach najcenniejszą rzeczą jest doświadczenie, którego przecież nie zdobywa się w kilka miesięcy. Kolejni organizatorzy prawdopodobnie nie unikną błędów, które przed nimi popełniło już wielu.

Plusem takich zmian może być natomiast całkiem nowy wizerunek ogólnopolskich spotkań. Pozostaje mieć nadzieję, że nowy komitet organizacyjny rozwinie to, co było dla nas, uczestników kampów, najcenniejsze i najlepsze — bogactwo programu i duchową atmosferę.


© Renata Karolewska
Publikacja artykułu dzięki uprzejmości redakcji miesięcznika "Głos Adwentu"

Wysłuchaj pocampowego felietonu pastora Zbigniewa Makarewicza (07:09)











Dodaj swój komentarz...




W bieżącym roku nie byłam uczestniczką campu. Z zainteresowaniem przeczytałam komentowany artykuł. Prosze o wytłumaczenie jednej kwestii, chodzi o kolejkę do drzewa, na którym zawieszano karteczki z modlitwami. Nie chce tego komentować, bo może się mylę i dlatego proszę o wytłumaczenie. Być może nie zrozumiałam o co chodzi.

- Ala, Mrągowo


Nieco inaczej niż autorka patrzę na postawę społecznej ochrony Campu, którą stanową wolontariusze, młode osoby stające niejednokrotnie wobec konieczności dyscyplinowania swoich rówieśników, kolegów.

Niestety, incydenty z udziałem nastolatków będących bez opieki rodziców, a także lekceważący stosunek dorosłych do ochrony, a niejednokrotnie podważanie przez rodziców postępowania ochrony wobec ich niezdyscyplinowanych dzieci zmusza do stanowczych działań.

Szkoda, że autorka nie potrafi empatycznie podejść do stresu, jaki przeżywają ci młodzi ludzie i poczucia odpowiedzialności za bezpieczeństwo tysiąca osób. A mozę Pani Redaktor jak rasowy dziennikarz raczyłaby choć raz spędzic noc na warcie, aby pozanć tę służbę "od kuchni", np. biegając poza terenem obozu za niesfornymi, zabłąkanymi owieczkami, dramatycznie beczącymi - ale nie ze strzachu, ale arogancko pod adrsem tych, którzy ich szukają.

Serdecznie polecam i zapraszam - to może być ciekawe doświadczenie.


- ochroniarz


Pamiętam dawne czasy campowych wart. Solina, Olsztyn, Jarosławiec oj byłoby co wspominać... Myślę, że wówczas z przyjaciółmi nawet wyprzedzaliśmy czasy pod względem ówczesnych standardów security i na naszych zmianach nie mogo być mowy o prywatnych spacerach pod księżycem... :)

Teraz świat się zmienił diametralnie i aby zapewnić bezpieczeństwo trzeba naprawdę wiele wysiłku i poświęcenia, co oczywiście nie zwalnia od kultury osobistej i racjonalności zachowań. A może to dobry czas na refleksję nad profesjonalną ochroną campów, zjazdów, czy innych spotkań?

Kto wie może warto w ciągu roku wyszkolić grupę ochotników do tego typu zadań i mieć gotową kadrę ochrony na okres wakacyjny, np. w zamian za darmowy pobyt? Może wzorem organizacyjnym mógłby być słynny Pokojowy Patrol. Pozdrawiam.


- Yahoo

MEDIA







REKLAMA




REKLAMA




ADRA DLA DZIECI




(c) 2006-2012 Adventist Warsaw Media Group - Niniejszy serwis jest niedochodową i wolontaryjną działalnością członków zboru Warszawa-Centrum.