Kościół Adwentystów Dnia Siódmego
www.adwentysci.waw.pl

„Warszawa w różach…”

AKTUALNOŚCI WARSZAWA | 10/10/2007 | jk

„Warszawa w różach” - to jeden z przebojów Anny German, jednej z najwybitniejszych polskich piosenkarek wszechczasów. Między innymi ten utwór mogli sobie przypomnieć miłośnicy talentu niezapomnianej gwiazdy, podczas koncertu wspomnień jaki odbył się na warszawskim Muranowie w dn. 9 października 2007 w sali Polskiego Związku Niewidomych.

Blisko dwugodzinny koncert z udziałem znanych warszawskich artystek odbył się z inicjatywy Chrześcijańskiej Służby Charytatywnej działającej przy stołecznym zborze Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego.

Organizatorem przedsięwzięcia była pianistka – Beata Górska-Słociak (na zdjęciu powyżej) akompaniująca do wszystkich utworów tego wieczoru.

Na sali pośród wielbicieli szlagierów takich jak: „Człowieczy los” czy „Tańczące Eurydyki” był szczególny słuchacz - Zbigniew Tucholski, mąż zmarłej przed 25 laty wielkiej artystki. To szczególny zaszczyt dla organizatorów jak i dla uczestników tego sentymentalnego koncertu…

Publiczność nagradzała wielkimi brawami blisko 20 wykonanych utworów i w zadumie wsłuchiwała się w historie z życia gwiazdy, które przybliżał Andrzej Sułowski, w oparciu o zbiór wspomnień opublikowany w miesięczniku „Znaki Czasu”.

Mimo, że Anna German nie śpiewa dla nas już od ponad 25 lat, to wciąż pozostaje w pamięci wielu Polaków, a zwłaszcza jej wielbicieli, jako postać będąca symbolem wrażliwości i liryzmu w piosence. Jej nastrojowe i nacechowane zadumą nad losem ludzkim utwory zachwycają nadal kolejne już pokolenie. W życiu codziennym — jak wspominają jej przyjaciele — była symbolem dobroci, łagodności i miłości.

Jej kariera piosenkarska rozpoczęła się w 1960 roku. Wkrótce potem wystąpiła podczas festiwalu w Sopocie, gdzie za wykonanie utworu „Tak mi z tym źle” uzyskała II nagrodę. Potem było Opole w roku 1964 i niezapomniane „Tańczące Eurydyki”. Większość jej piosenek stała się przebojami. Koncertowała również za granicą. Jako jedna z nielicznych piosenkarek zza żelaznej kurtyny słuchana była we Włoszech, USA, Wielkiej Brytanii, Kanadzie, Australii i oczywiście w państwach ówczesnej demokracji ludowej.

Poważny wypadek samochodowy, jakiemu uległa we Włoszech w 1967 roku, wyeliminował ją na kilka lat z czynnego życia zawodowego. Mimo to potrafiła podnieść się z tego doświadczenia, przynosząc nadal swym barwnym i czystym głosem radość i ukojenie wielu ludziom. Anna German, będąc laureatką wielu nagród, grała także w filmach. Poważna choroba nie przeszkodziła jej w aktywnej pracy. Oprócz bowiem śpiewania komponowała. Wkrótce zaczęła ponownie wyjeżdżać na koncerty do USA i Australii (1980). Mimo przeżywanych cierpień związanych z chorobą nie starała się ich uzewnętrzniać.

Tak wspominają Annę German jej przyjaciele:

To był wspaniały człowiek i znakomita artystka, świetna koleżanka poza tym. A jak heroicznie walczyła z cierpieniem, z chorobą, która ją miała ostatecznie zabrać! German po swym wypadku we Włoszech była dosłownie pozszywana z kawałków, z plastykowymi wstawkami w miejsce brakujących żywych tkanek. Z racji utrudnionego przepływu płynu fizjologicznego bardzo jej puchła noga (...) Ania bardzo cierpiała, ale nie pozwoliła sobie tej nogi amputować. Kto wie, gdyby zgodziła się na operację, może żyłaby po dzień dzisiejszy między nami? — Hanka Bielicka.

Wspominam ją jako Największego Elfa Świata, istotę najdelikatniejszą z delikatnych, a zarazem najdzielniejszą z dzielnych w życiu, które nie skąpiło jej ciosów i udręczeń. Nie znała chyba zawiści. Nie próbowała nikogo zdominować. Nawet swój wzrost traktowała wstydliwie jako rodzaj... nietaktu. Wszyscy kochaliśmy się w niej. Czysto platonicznie — w jej przypadku nie było mowy o czymś innym.

Ania była dla nas święta. Mówiono o niej: dziwaczka. Dzisiaj przypuszczam, że duży wpływ miało jej protestanckie wychowanie. Była adwentystką, o czym długo nikt z grona jej znajomych nie wiedział. Nie paliła papierosów, nie piła alkoholu. W czasie bankietów wprawdzie spełniała toasty, ale podnosiła jedynie kieliszek... i odstawiała zazwyczaj nietknięty. Była inna niż reszta artystów. Uśmiechnięta, taktowna, życzliwa. Nikomu chyba nie dała odczuć, że go nie lubi czy potępia — Jerzy Ficowski.

Bardzo ją lubiłam. Na zawsze pozostanie dla mnie symbolem łagodności. Znałam ją przede wszystkim od tej strony. Była kimś odrębnym w naszej branży. Nie słyszałam, żeby kogoś obmawiała, komuś zazdrościła. Nie wypowiadała się na temat innych, często natomiast chwaliła: „Jak ładnie dzisiaj zaśpiewałaś, Steniu” — tego typu uwagi słyszałam od niej najczęściej — Stenia Kozłowska.

Takich ludzi jak Ania w śpiewie — mówię o świecie — można znaleźć dużo, w życiu — niewielu. Nie lubiła mówić o sobie. Nie była jednak skryta, tylko po prostu skromna. Nigdy nie była „reklamiarska”. To bardzo ważne w tym zawodzie (...) Jeździłem z wieloma osobami po świecie. Nigdzie tak dobrze nie pozna się artysty, jak na trasie, gdy spędza się razem dużo czasu w hotelach czy autokarach. Przyglądałem się bardzo uważnie Ani jako człowiekowi i mogę powiedzieć, że to odosobniony przypadek. Nie spotkałem się z nikim takim. Mogę wymienić parę nazwisk, przy których jednak muszę dodać to krótkie słówko „ale”. Natomiast o Ani mogę powiedzieć bez żadnych przymiotników, po prostu dobra — Jerzy Michotek.

Refleksje dotyczące kwestii religijnych, jakie towarzyszyły Annie German przez całe jej życie, pogłębiły się szczególnie po tym, jak uległa wypadkowi. To spowodowało, że postanowiła uporządkować sprawy dotyczące stosunku do Boga. Spędzając większość swego czasu w spokojnym mieszkaniu na Żoliborzu, dużo czytała, pisała opowiadania dla dzieci i rozmyślała.

Zapoznana od najmłodszych lat z całokształtem nauk Pisma Świętego, coraz bardziej uświadamiała sobie potrzebę powrotu do nich.

Anna German urodziła się w rodzinie zapoznanej Biblią od kilku pokoleń. Nic też dziwnego, że w życiu i śpiewie przejawiała rzeczywiste uduchowienie. Podczas II wojny światowej mieszkała we Wrocławiu. W tamtejszym zborze Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego rozpoczynała swoje przyszłe śpiewanie o szerokim zasięgu.

Choroba będąca wynikiem wypadku, jakiemu uległa we Włoszech, jeszcze bardziej zbliżyła ją do Boga. Pojednana z niebem skomponowała melodie do wielu biblijnych psalmów i Modlitwy Pańskiej. W 1982 roku w Warszawie zawarła z Bogiem przymierze przez chrzest według obrządku Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego.

Jej śmierć, jaka nastąpiła kilka miesięcy później, z ludzkiego punktu widzenia przyszła o wiele za wcześnie, bowiem w wieku 46 lat. Anna jednak wiedziała, komu uwierzyła. Pismo Święte zawiera obietnicę Pana Jezusa, który zapewnił każdego, kto zaakceptuje w swoim życiu Jego naukę, że „choćby i umarł, żyć będzie” (Ewangelia św. Jana 11,25), gdyż „błogosławiony i święty ten, który ma udział w pierwszym zmartwychwstaniu: nad nimi druga śmierć nie ma mocy” (Objawienie św. Jana 20,6).

Anna German nie umarła więc na zawsze, bowiem żyje nadal w naszej pamięci, a kiedyś, przy powtórnym przyjściu Chrystusa na ziemię, powstanie do wiecznego życia w Jego królestwie i może znów zaśpiewa nam, jak dawniej:

Uśmiechaj się...
Do każdej chwili uśmiechaj się, na dzień szczęśliwy nie czekaj,
Bo kresu nadejdzie czas,
Nim uśmiechniesz się chociaż raz!
Uśmiechaj się,
Uśmiechaj się!



© Jan Kot / adwentysci.waw.pl, Mirosław Harasim / „Znaki Czasu”









































© fot. Jan Kot / adwentysci.waw.pl


Kliknij w ikonę obok by wysłuchać i zobaczyć kilka utworów Anny German na portalu You Tube.



Dodaj swój komentarz...


MEDIA







REKLAMA




REKLAMA




ADRA DLA DZIECI




(c) 2006-2012 Adventist Warsaw Media Group - Niniejszy serwis jest niedochodową i wolontaryjną działalnością członków zboru Warszawa-Centrum.