Kościół Adwentystów Dnia Siódmego
www.adwentysci.waw.pl

Z pożółkłych kart przeszłości (cz. 6)

HISTORIA | 09/05/2007 | Jan Kot

Moje spotkanie z adwentyzmem stało się dzięki mojej Matce. Urodziłem się w Siedlcach, gdzie była stolica biskupia, trzy kościoły rzymskokatolickie. W połowie lat 30-tych do tego miasta przydzielony został kaznodzieja Józef Rosiecki. Nie było tu żadnego adwentysty. Do domu moich rodziców przyszła kolporterka Eugenia Siemienowicz, z czasopismami adwentystów i zaproponowała mojej Matce zakup jednego z nich.

Matka nie miała pieniędzy więc kolporterka wypożyczyła jej jedno z czasopism. Matka moja była bardzo religijną osobą i sprawy religijne bardzo ją interesowały, a ponieważ w tych czasach były one domeną księży, głód wiedzy religijnej wzbudził w niej wielkie zainteresowanie. Zdobyła Pismo Święte, które stało się przewodnikiem jej życia. Zaczęła uczęszczać na spotkania religijne w domu pastora Rosieckiego i po niedługim czasie - stała się adwentystką.

Siedlce były miastem, gdzie nawet prawosławni byli nieliczną grupą. Zmienienie poglądów religijnych spowodowało odrzucenie ze strony rodziny i otoczenia. Pamiętam, że miejscowy proboszcz nie miał wielu innowierców w swojej parafii, dlatego w czasie kazania ostro potępił ludzi niewierzących i nazwał ich masonami. Większość nie wiedziała, co oznacza słowo mason, ale było to dla nich brzydkie słowo i moją matkę nazwali masonką i ten "tytuł" dostałem również i ja. Czyli od dziecka byłem "masonem". Potem do grupy tej doszła siostra Koza ze swoją matką i siostra J. Sarzyńska. Nieświadomi ludzie w swojej gorliwości mówiąc oględnie naprzykrzali się mojej matce, często wylewali brudy pod drzwi jako oznakę dezaprobaty. Ojciec mój był pod wpływem swojej rodziny i też starał się w różny sposób przeszkadzać Matce. Wojna przerwała jego życie.

Jako dorastający chłopiec również interesowałem się sprawami religijnymi i chciałem wiedzieć dlaczego są ludzie, którzy mają odmienne poglądy religijne. Bowiem sprawa ta miała dla nich wielkie znaczenie, bo byli gotowi za te poglądy znosić prześladowanie, a nawet oddać życie. Będąc w szkole średniej sam zadecydowałem, że będę adwentystą. Przyjąłem chrzest. Ponieważ chciałem być posłuszny Bożym przykazaniom zaznaczyłem kierownictwu szkoły, że nie będę przychodził na lekcje w soboty. Z tym miałem wielkie kłopoty i z trudnością dotarłem do klasy 11-tej. Był to okres szczytu stalinizmu i dyrektorem liceum była "wielka komunistka".

Poza tym był jeszcze jeden ważny problem. W liceum były dwie klasy jedenaste. Jedna z językiem niemieckim, druga z francuskim. Między klasami istniało tzw. współzawodnictwo. W klasie niemieckiej wszyscy uczniowie należeli do ZMP. W mojej francuskiej, jedynie ja nie należałem do tej organizacji. Kilku zaś prymusów w nagrodę nawet zostało przyjętych do PZPR. Były to czasy kiedy propagowano tzw. pogląd naukowy, zaś ludzie wierzący mieli tzw. pogląd idealistyczny. Jako jeden uczeń z poglądem idealistycznym nie pasowałem do ówczesnego otoczenia i w początkach lat 50-tych wyrzucono mnie z 11 klasy na kilka dni przed tzw. "studniówką" tylko dlatego, że nie przychodziłem do szkoły w soboty. Myślę, że i tu była ukryta forma walki z heretykami, bo przecież prawie wszyscy komuniści, jak ktoś powiedział, byli podobni do rzodkiewki, na wierzchu czerwoni - a wewnątrz biali.

Teraz z perspektywy lat, widzę w moim życiu Boże kierownictwo. Ciekawym jest, że mój kuzyn poszedł na naukę do zakonu Salezjanów, aby zdobyć argumenty przeciwko adwentyzmowi, ja zaś zacząłem naukę w Seminarium Duchownym adwentystów w Kamienicy na Śląsku. Ponieważ nie musiałem pobierać niektórych przedmiotów, które miałem w liceum, a musiałem sam opłacać szkołę - pracowałem dodatkowo kilka godzin na terenie Seminarium. Jedną z moich czynności było powielanie skryptów. W pierwszym roku nauki byłem pomocnikiem br. Koleckiego. Następnego roku, przejąłem jego funkcję.

Teraz chcę wspomnieć coś bardzo ważnego, a co było niejednokrotnie źle interpretowane przez niektórych ludzi w kościele, co też związane jest z aresztowaniem pastora Andrzeja Maszczaka. Były to trudne czasy reżimu komunistycznego, co też stwarzało wewnętrzne problemy w kościele. Pamiętam, że zrobiłem dwie paczki z powielonymi skryptami szkolnymi dla br. Józefa Niedoby (z Czechowic), który miał je zawieźć do zboru w Katowicach. Jako były emeryt kolejowy poszedł na skróty i został zatrzymany przez tzw. sokistów, tj. milicję kolejową. Musiał pokazać zawartość tych paczek i "zaopiekowała się nim bezpieka". Niedługo potem w Seminarium zjawił się Urząd Bezpieczeństwa i dokonano rewizji w mieszkaniu br. Maszczaka, przetrząsnęli także całą bibliotekę szkolną. Jakoś przetrwaliśmy do końca roku szkolnego.

Wszyscy uczniowie udali się do domu. Ja zaś pozostałem, aby w czasie wakacji pracować na terenie Seminarium i zarobić coś na następny rok szkolny. W międzyczasie dostałem polecenie, abym się udał do Krakowa i odebrał od pastora Jana Borodego – "Lekcje Szkoły Sobotniej". Były one przygotowane do druku i znajdowały się w stanie tzw. "szczotek", tj. był złożony tekst do korekty bez tzw. "łamania" - tj. ułożenia stron. Wszystko to związane było z tym, że podręczniki nie mogły być wydrukowane, gdyż władze nie dały zezwolenia na ich wydrukowanie. Zabrałem wszystko do Kamienicy n/Śl., s. Stępurska zrobiła matryce i ja powielałem je w kilku tysiącach egzemplarzy, które potem zostały rozesłane do zborów. Pamiętam, że treścią lekcji były nauki z życia dawnego Izraela.

Oczywiście w systemie komunistycznym w tamtych czasach wydrukowanie czegoś i rozpowszechnienie bez zezwolenia Głównego Urzędu Kontroli Publikacji i Widowisk, było największą "zbrodnią", za którą groziło minimum 5 lat więzienia.

Pewnego dnia w czasie wakacji przyjechał samochód UB i wysiadło z niego kilku funkcjonariuszy i widziałem jak zabrali br. A. Maszczaka, który w tym czasie pracował w swoim ogródku. Przyszłość Seminarium wydawała się niezbyt jasna. Dlatego udałem się do domu w Siedlcach. Gdzieś po miesiącu dostałem od sąsiadów wiadomość, że muszę natychmiast zgłosić się w miejscowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego. Oczywiście nie miałem żadnego wyboru. Poszedłem tam i po zgłoszeniu odebrano mi dowód osobisty, zamknęły się za mną potężne metalowe kraty i pod eskortą zostałem zaprowadzony do małego pokoiku, gdzie było jedynie biurko i dwa krzesła.

Po chwili zjawił się oficer w mundurze wojskowym, który miał już przygotowany tekst mojego zeznania. W nim było podane główne oskarżenie pastora Maszczaka o powieleniu Lekcji Szkoły Sobotniej i rozpowszechnieniu ich po wszystkich zborach na terenie Polski. Oczywiście była to prawda i musiałem podpisać zeznanie. Myślałem, że mnie również zamkną. Jednak ku mojemu zdziwieniu oficer poprosił mnie, abym najbliższą drogą zaprowadził go na dworzec kolejowy i dowiedziałem się, że chce zdążyć na najbliższy pociąg do Warszawy i Katowic, było to już po zachodzie słońca.

Minął chyba miesiąc i w międzyczasie podjąłem decyzję zgłoszenia się do pracy w Kościele. Nie był to zbyt przyjemny czas. Jednak z perspektywy czasu nie żałuję tego i we wszystkim widzę Boże prowadzenie. Mogłem być tym, co zaopiekował się częścią majątku kościelnego, a co też związane było z późniejszym moim "redagowaniem".

Na początku pomagałem zborowi w Bydgoszczy i ku mojemu zaskoczeniu otrzymałem list od sądu w Katowicach, abym stawił się na rozprawę sądową Andrzeja Maszczaka jako świadek obrony (nikt mnie przedtem nie powiadomił, że mam mieć tego rodzaju funkcję). Pojechałem do Katowic i znalazłem się w poczekalni sądowej, gdzie było dość dużo ludzi. Oczywiście nikt nie wiedział, że byłem świadkiem obrony, a nie miałem sposobności komuś tego powiedzieć, gdyż mówiąc oględnie, zgromadzeni nie potraktowali mnie po bratersku. Po jakimś czasie zostałem wezwany przed sędziów, wszyscy byli wysokimi oficerami wojskowymi lub UB.

Pierwszym pytaniem, jakie mi zadano było: Jaki według świadka był stosunek oskarżonego do obecnej rzeczywistości. Odpowiedziałem, że pozytywny. Dalsze pytanie brzmiało: Jakie macie na to dowody. Powiedziałem, że nie tak dawno były wybory do Sejmu i pastor Maszczak zarządził, aby całe Seminarium poszło gremialnie do głosowania. Następnie zapytano mnie czy oskarżony mówił jakieś kawały polityczne. Oczywiście wiedziałem, że pastor Maszczak nie był w pełni zachwycony ówczesnym ustrojem, ale nie pamiętałem żadnego kawału politycznego i dlatego powiedziałem, że coś podobnego nie słyszałem. Na tym zakończyło się moje zeznawanie.

W dalszej pracy zrozumiałem, że w latach 50-tych i przez cały czas panowania komunizmu "zbrodnia wydawnicza" była największym przestępstwem. Bowiem komuniści dobrze znali moc drukowanego słowa i sami wykorzystywali je w możliwie największym stopniu dla propagowania komunizmu i przeciwko jego wrogom.

Będąc pracownikiem biblijnym w Mrągowie, pomagałem kaznodziejowi Marianowi Kotowi. Miałem sposobność odwiedzania wielu grup i pojedynczych członków. Większość tych ludzi czuła się Niemcami choć tego nie okazywali otwarcie. Ówczesny system polityczny chciał z nich zrobić na siłę Polaków. Większość zaś starała się wyjechać do Niemiec w ramach łączenia rodzin.

Ponieważ znałem język francuski nawiązałem kontakt z naszym Wydawnictwem we Francji, poprosiłem, aby wysłali mi "Znaki Czasu". Oczywiście otrzymałem je. Przetłumaczyłem coś dla reaktywowanego naszego Wydawnictwa w Warszawie, również tłumaczyłem coś z języka angielskiego. Po jakimś czasie dostałem wiadomość, że zostałem powołany do pracy w Wydawnictwie. Od tego czasu zaczęło się moje poważne "redagowanie".

W tym czasie redaktorem naczelnym był pastior Andrzej Smyk. Adiustację i korektę robiła Zofia Wieluńska. Moim zadaniem było tłumaczenie wielu artykułów i przygotowanie do druku "Znaków Czasu", "Sługi Zboru" i "Lekcji Szkoły Sobotniej" - potem wielu książek. W ciągu kilku lat tłumaczyłem wszystkie Lekcje Szkoły Sobotniej. Miałem kontakty z drukarniami i z Urzędem Kontroli Prasy i Widowisk. W tym czasie kierownikiem kontroli czasopism religijnych była pani Kupraszwili, niezbyt przyjemna osoba i w razie jakiejś tzw. ingerencji (coś się nie podobało Władzy) pastor Smyk wysyłał mnie, gdyż nie chciał mieć do czynienia z niezbyt uprzejmą urzędniczką.

Warto zaznaczyć jak działało wydawanie w czasie władzy komunistycznej. Pierwszym stadium wydania czegokolwiek była zgoda Urzędu do Spraw Wyznań. Co roku trzeba było do tego Urzędu zgłaszać tzw. Plan Wydawniczy. Jeżeli Urząd coś zatwierdził, następną instancją było Ministerstwo Kultury i Sztuki, które dawało przydział papieru do druku (papieru nie można było kupić na rynku). Potem trzeba było znaleźć drukarnię, tutaj ekspertem był Jan Wiśniewski, który nie tylko był z zawodu poligrafem, ale też potrafił znaleźć dostęp do drukarni, bowiem pismo religijne i to niekatolickie nie było zbyt dobrze traktowane przez brać drukarską. Jednym z problemów było wydawanie Lekcji Biblijnych, jako kwartalnika, który musiał ukazać się przynajmniej 2 tyg. przed kwartałem, co było niezrozumiałe dla wielu drukarzy. I tu wielce pomocnym był Jan Wiśniewski, który potrafił znaleźć odpowiednią drukarnię i przyspieszyć sprawę, oczywiście dzięki "załącznikom" z Peweksu.

Po zaniesieniu maszynopisów do drukarni, ta dokonywała linotypowego składu i otrzymywaliśmy tzw. szczotki, tj. materiał z którego robiło się tzw. makietę. Drukarnia następnie formowała z metalu poszczególne strony. Trzeba było zanieść 2 próbne egzemplarze do Urzędu Kontroli Prasy, który po skontrolowaniu treści dawał zezwolenie na druk. Po wydrukowaniu np. Znaków Czasu, przynosiło się znów 5 egzemplarzy do Urzędu Kontroli, który dawał pieczątkę na tzw. zezwolenie na rozpowszechnianie. Bez tej pieczątki drukarnia nie miała prawa wydać nakładu, gdyż groziło to również karą 5 lat więzienia.

Przy sposobności chcę poruszyć sprawę wydania pierwszego śpiewnika z nutami. Pastor Smyk sam przygotował wszystkie pieśni i śpiewnik. Sam tekst był składany w drukarni więziennej przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Tekst pisałem ręcznie pod każdą nutką, a potem zecer odlewał go w ołowiu. Druk odbywał się w Drukarni Technikum Poligraficznego przy ul Wiślanej.

Pracę w Wydawnictwie zakończyłem w 1965 r. Dziś sprawy mają się o wiele inaczej, Nastąpiła wielka rewolucja w poligrafii. Komputery wyparły linotypy i zanikł zawód zecera. Młode pokolenie nie pamięta już tamtych czasów, kiedy trzeba było włożyć wiele wysiłku i "gimnastykować" się z ówczesną cenzurą, a także pokonywać innego rodzaju trudności i uprzedzenia.

W Australii przebywam z rodziną od 1965 roku. Przez długie lata byłem członkiem zboru w Oakleigh, gdzie pełniłem różne funkcje i pomagałem zborowi. Obecnie należę do zboru w Wantirnie. Nadal zajmuję się tłumaczeniem artykułów do "Wiadomości Polonii Adwentystycznej" w Australii.


Marian Knapiuk

Przeczytaj poprzednią część cyklu wspomnień

© Wiadomości Polonii Adwentystycznej (Polish Adventist News)

MEDIA







REKLAMA




REKLAMA




ADRA DLA DZIECI




(c) 2006-2012 Adventist Warsaw Media Group - Niniejszy serwis jest niedochodową i wolontaryjną działalnością członków zboru Warszawa-Centrum.