Kościół Adwentystów Dnia Siódmego
www.adwentysci.waw.pl

Z pożółkłych kart przeszłości (cz. 2)

HISTORIA | 30/03/2007 | Jan Kot

MANIEWICZE - ludzie opowiadają...

Ludzie starsi chętnie opowiadają sobie historie zapamiętane w dniach młodości, przekazane przez innych - historie swoich przeżyć. Trudno jest je spisać - pamięć zawodzi, mylą się nazwiska i daty, a nie ma jak sprawdzić, nie ma o to kogo zapytać. Nie będzie to saga rodziny Michalskich (choć w pewnym zakresie, na pewno tak!). Ale na tle tej rodziny ukażę ciężki los ludzki, los Polaków adwentystów, którzy dzielili losy ciężkiej wojny z całym narodem, ich doświadczenia, przeżycia, radości i smutki, ale wszystko to było opromienione radosną nowiną, wiarą w rychłe przyjście naszego Zbawiciela.

Opowiadają siostry - Stefania i Kazimiera:

Ojciec nasz Andrzej poznał Prawdę tuż przed I Wojną Światową w Lublinie przez jednego wierzącego baptystę, który dał adres do niemieckiej rodziny adwentystów. Odczyty prowadziła wtedy kolporterka Ewa Budewicz, która pochodziła z Rygi na Łotwie, ale była narodowości polskiej - uczyła języka angielskiego. Ojciec zaczął uczęszczać w każdą sobotę na nabożeństwa i mnie ze sobą zabierał- mówi Stefa. Wybuchła I Wojna Światowa i ojciec został powołany do wojska. Po wojnie odnalazł swoją rodzinę w Nowogradzie Wołyńskim.

Ojciec wykazywał cały czas zainteresowanie adwentyzmem, mama początkowo była przeciwna, ale później przekonała się i po odbyciu cyklu lekcji bilijnych - razem przyjęli chrzest. Chrztu udzielił kazn. Roenfeld - był to rok 1920.

W roku 1922 ojciec w poszukiwaniu pracy zabrał rodzinę do Lublina. Tam pozyskał do Prawdy swoją ciotkę Józefę Ziółek. Ciężko tam było. Mieszkanie było bardzo drogie i wilgotne, a z pracą też było różnie. Ojciec dowiedział się, że jest praca na Kresach i tak wyjechaliśmy do Karasina, 18 km. od Maniewicz. Ojciec znalazł tam pracę w tartaku, początkowo było dobrze. Za jakiś czas właściciel tartaku zbankrutował. Przenieśliśmy się do Maniewicz. Ja pracowałam jako kolporterka - dzięki tej pracy znaleźli się zainteresowani w Kowlu, gdzie później powstał zbór. A w Maniewiczach ewangelizował mój ojciec.

Wśród sosnowych lasów zbudował w osadzie Maniewicze swój dom, tutaj rodzą się: Leokadia, Kazimiera, Alina, Jerzy i Tadeusz. Wszyscy głosili - nawet dzieci. Pozyskano dużo ludzi. Stefania chodziła na naukę szycia do S. Sawczuk. Ojciec przez córkę podawał wciąż literaturę. W tym czasie Sawczukową odwiedzali Pięćdziesiątnicy.

S. Sawczukowa długi czas nie wykazywała zainteresowania Prawdą, ale zachorowało jej dziecko i zmarło. W dwa tygodnie później zmarło jej drugie dziecko. Zaczęła rozmyślać nad tym wydarzeniem i w nocy śniło jej się, że jakiś głos przemawiał: "idź do Michalskiego, jest to rodzina Boża i oni ci powiedzą co masz robić". To jest to, prawdziwa droga, a nie u Pięćdziesiątników. W niedługim czasie przyjęła chrzest.

Oprócz Sawczuków pozyskano rodziny Przychodzkich, Moritz, Schultz, Kaniewska, Kurczuk, Waremczuk i innych. Przed II Wojną Światową zbór liczył 38 osób - nie licząc przyjaciół i dzieci. Z kaznodziejów dojeżdżali do nas: Krygier. Zieliński, Piątek, Niewiadomski i Kruk.

Początkowo nabożeństwa odbywały się w domu br. Michalskich, potem siostra Sawczuk wynajęła duży pokój. Mieszkali też u niej kazn. Makarczuk a później Mokijewicz. Kiedy życioe zaczęło układać się pomyślnie, wybuchła II Wojna Światowa.

8 września 1939 r. umiera mama - Janina. Ojciec zostaje z czwórką dzieci i ciotką Ziółek. W zborze Maniewicze istniał chór śpiewający po polsku, ukraińsku i niemiecku. Na zjazdy konferencyjne chodziliśmy 50 km. na piechotę - do Pożarek. Wychodziliśmy w czwartek po południu, w połowie drogi gdzieś przenocowaliśmy i drugiego dnia szliśmy dalej. Stefania wciąż kolportowała, jeździła do Dubna, gdzie zatrzymywała się u kaznodziejów Piątka lub Niewiadomskiego.

W 1940 roku, z części Polski zajętej przez Rosjan, zimową porą bracia J. Lipski i Duzdal przeprowadzili przez zieloną granicę na zachód, 3 siostry Michalskie: Zosię, Helenkę i Lodzię - do Brześcia. Resztę rodziny Rosjanie wywieźli na Syberię. Wieźli ich przez cały miesiąc w towarowych wagonach - w syberyjską tajgę Teguldet - Apkaszewo, gdzie spędzili 2 lata.

Panowały tam mrozy 39 st. C poniżej zera. Stefa pracowała jako pomocnica murarzy. Ciężko było, wreszcie się rozchorowała, ale dzięki Bogu przeżyła. Jednego dnia powiedziano im, że na własny koszt mogą wyjechać w cieplejsze strony. Sprzedali wszystko co mieli żeby opłacić podróż do Ałma-Aty koło Taszkientu. Na drugi dzień po przybyciu na miejsce, powiedziano im, że tutaj jest pas pograniczny i nie mogą tam być. Wzięli ich i wywieźli do Pietropawłowskiego powiatu i dali pracę w kołchozie. Stefa pracowała długi czas i kiedy przyszła jesień – nie otrzymała swej zapłaty. Powiedziano, że zborze trzeba wysłać na front.

W sumie na Syberii byli 6 lat o głodzie, w trudzie i mrozie, ale we wszystkim jak usłyszałem - "doświadczyliśmy,że Bóg był z nami, leczył z chorób i wybawiał od złego".

S. Kazia opowiedziała historię ze swego dzieciństwa. Pewnego dnia zabrali ją do pracy w kołchozie odległym od domu 8 kilometrów. Miała wtedy 16 lat! Przepracowała cały tydzień, nadszedł piątek - nie chciała zostać sama na sobotę. Nie mówiąc nikomu pod wieczór wybrała się w mroźną noc w podróż do domu. Szła przez gęste lasy śnieżną nocą przy księżycu - dookoła wyły wilki. Bała się, ale chęć połączenia się z rodziną i spędzenia dnia sobotniego razem - stłumiła strach. Nadszedł jednak moment, że nie wiedziała co zrobić. Zobaczyła na drodze czarny cień - pierwsza myśl, to wilk. Uciekać nie ma gdzie, zapada decyzja - iść, iść do przodu, iść do domu!

Kiedy przyszła do czarnego cienia zobaczyła, że to był pień, a nie wilk. Do domu doszła o północy - radość była wielka.

Rodzina Michalskich przeżyła na Syberii do 1946 roku. Po wojnie w ramach repatriacji wrócili do Polski i osiedlili się w okolicach Elbląga, gdzie Michalski, Stadnik i Pinkowski założyli zbór w Elblągu w latach 1947/48. Andrzej Michalski umiera w 1972 r. w Elblągu. Odszedł jako kolporter i misjonarz, który poświęcił całe swoje życie w służbie dla swego Pana i Zbawiciela. Dzieci w latach 60-ych wyemigrowały do Australii, gdzie włączyły się w nurt życia polskich zborów (Oakleigh, Dandenong, Wantirna) piastując różne funkcje zborowe.

TADEUSZ - już w Polsce od roku 1957 rozpoczął pracę w Dziele jako pracownik biblijny, a od 1965 w charakterze próbnego kaznodziei. Terenem Jego pracy były miasta Wybrzeża - Elbląg, Gdańsk, Gdynia, później Poznań, Warszawa, Lublin i Białystok. W 1970 roku wyjechał z żoną i córką do Stanów Zjednoczonych, gdzie również pracował ewangelizacyjnie (ochotniczo) w zborze polskim ADS w Detroit oraz wśród ugrupowań polsko - baptystycznych. Do Australii przybył w 1971 r. - cały czas jest członkiem zboru w Oakleigh, gdzie piastował funkcje starszego zboru, w diakonacie, Szkole Sobotniej, oddziale ewangelizacyjnym, a także zorganizował 45 osobową orkiestrę zborową i prowadził chór.

Razem z rodzeństwem przyjechał do Australii - JERZY i po 2 latach wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie ułożył sobie życie jako prosperujący biznesmen w Detroit. Czytałem, że w 1989/90 r. uczestniczył w ewangelizacji w Poznaniu, następnie 1992 r. w Szczecinie. Na wiosnę 1993 r. uczestniczył w ewangelizacji młodzieżowej w Moskwie. W tym samym roku sponsorował i uczestniczył w ewangelizacji Larry Lichtenwoltera i Dra Swansona z Loma Lindy wraz z Leonem Maschakiem (Maszczakiem) - pracowali w mieście Winnica na Ukrainie. Uczestniczyło ok. 2500 osób, powstał tam nowy trzeci zbór - 145 osób. Potem Odessa - 150 osób - dzisiaj te zbory są bardzo duże.

Podczas tej pracy Jerzy zapragnął udać się do MANIEWICZ, miejsca z którym związana jest Jego historia życia. Napisał mi: "Trudno jest opisać ten moment spotkania miejsca swego urodzenia... Zobaczyłem starą chatkę. Zbliżyłem się po prawie 50 latach do miejsca, gdzie przyszedłem na świat; do tych ludzi, których tam zostawiłem, a niektórzy mnie pamiętali, pamiętali ojca i całą rodzinę "subotnikow".

Dalej Jerzy napisał: "Tu zrodziła się myśl, żeby pomóc tym ludziom poznać prawdziwego Boga. Poczułem obowiązek w stosunku do tych ludzi - takich samych jak ja, sprzed 50 laty i przyrzekłem memu Panu, że jeżeli mi dopomoże - będę chciał i tutaj wzbudzić wiarę tych ludzi i dołożę starań, aby znów powstał tu zbór. Długo nie trzeba było czekać. Rozpocząłem małą ewangelizację i po krótkim czasie ochrzciliśmy 8 dusz, a potem 4, później 9 i tak dalej, i tak dalej. Nawet obecnie, gdy piszę tę historię, moi bracia na moją prośbę prowadzą kampanię ewangelizacyjną w MANIEWICZACH.

W 2002 roku Jerzy zakupił plac w centrum miasta Maniewicze, gdzie stanie kościół na 120 miejsc, plus mieszkanie dla pastora. Jerzy pisze dalej: "Nie jest to takie łatwe, bo pochłania dużo pieniędzy i osobistej pracy - ale czego się nie robi dla dobra innych? Do grobu nic nie zabierzemy... Ja osobiście cieszę się, że mogę jeszcze być pożyteczny, na tyle na ile mi Pan da zdrowia i Jego błogosławieństw... W tym roku myślę wykończyć Dom Modlitwy i zanim nastąpi jego poświęcenie, jeżeli mi Pan pozwoli, to przeprowadzę jeszcze jedną większą ewangelizację, ażeby wszystkich razem, starych i nowych członków wprowadzić do tego nowego domu; to jest moje ostatnie życzenie, a Pan niech błogosławi tę sprawę według woli Jego".
























Zdjęcie* członków zboru (parafii) w Maniewiczach, 1938 rok

REFLEKSJA

Ciężką, trudną i długą drogę przebyła rodzina Michalskich w ciągu tych kilkudziesięciu lat, ale ile radości było w służbie dla Pana. Jerzy w swym liście napisał: "Na krótko przed śmiercią mego ojca, miałem możność zweryfikować całą historię jego życia i poświęcenia w sprawie dla Pana, a szczególnie mogłem zauważyć to wewnętrzne zadowolenie jego, gdy opowiadał mi o swojej pracy w Maniewiczach... Wiele lat upłynęło, gdy w moim sercu zrodziła się ta sama nostalgia do miasta w którym się urodziłem, jak i do ludzi, którzy tam mieszkają"....

Dziś mamy luksusowe warunki życia, domy, samochody, obfitość wszystkiego, wolność religijną i osobistą. Czy tak samo cenimy sobie te dary Boże jak nasi współbracia, którzy przeżyli okrucieństwa wojny, zsyłki na Sybir - walki o życie? Czy cenimy sobie dzień sobotni, tak jak ta 16 letnia dziewczynka wędrująca przez lasy, w strachu przed wilkami, ale chcąca spędzić ten dzień z rodziną - modląc się w ukryciu? Tak mało znamy jedni drugich - a jak wiele możemy się nauczyć!


opr. Bogusław Kot

----------------------------------------------------------------------------------------------------------
*Opis zdjęcia: Rząd górny od lewej: Lodzia Michalska, Zofia Szultz, Lidia Moritz, Zofia Michalska, (?), Moritz, J. Borody (w wojsku polskim), Andrzej Michalski, (?), Maria Przychodzka, ? Mokijewicz, Janina Sawczuk, Marta Moritz, (?). Rząd drugi: (?) Moritz, Józefa Ziółek, Maria Kurczyk, Maria Kaniewska, (?) King, Janina Michalska, (?) Szultz, Maria Sawczuk. Rząd trzeci klęczą: Alina Michalska, Helena Weremczuk, Maria Sawczuk, Z. Moritz, Kazimiera Michalska, Ola Moritz, Janusz Sawczuk, Oswald Moritz. Siedzą: Tadeusz Przychodzki, Józef Przychodzki, (?), (?), Alina Hamulczyk, Jerzy Michalski, Władysław Hamulczyk, Tadeusz Michalski, Daniel Sawczuk, Helena Przychodzka.


Przeczytaj poprzednią część cyklu wspomnień

© Wiadomości Polonii Adwentystycznej (Polish Adventist News)

MEDIA







REKLAMA




REKLAMA




ADRA DLA DZIECI




(c) 2006-2012 Adventist Warsaw Media Group - Niniejszy serwis jest niedochodową i wolontaryjną działalnością członków zboru Warszawa-Centrum.